Nashera biegła ile sił w nogach. Musiała się Śpieszyć. Dopadła drzwi siedziby i pchnęła je. Całkowicie ignorując wołania stróża, że Orifel ma teraz bardzo ważne spotkanie i nie wolno mu przeszkadzać, zaczęła biec po schodach, przeskakując po kilka stopni na raz. Musiała coś zrobić, bez względu na wszystko...
.............................................................
Pukanie do drzwi stało się bardzo natarczywe. Zdezorientowana podeszła i otworzyła. Na progu stali trzej policjanci. Serce w jej klatce piersiowej rozpoczęło szaleńczy galop spowodowany panicznym strachem o to, co mogło się stać.
- W czym mogę pomóc?
- Czy przebywa tu niejaki Uriel Dąbski?
- Owszem, ale o co chodzi?
- Czy możemy wejść?
Zaprosiła ich do środka bojąc się coraz bardziej o los ukochanego, który właśnie wszedł do pomieszczenia.
- Jest Pan aresztowany za posiadanie fałszywych dokumentów i za inne wykroczenia mogące w skutkach doprowadzić do trwałego uszczerbku na zdrowiu lub śmierci wielu osób.
- Co proszę?
Nashera była w szoku, nie wiedziała, co się dzieje. Policja zabrała ich na komisariat. Okazało się, że któryś z przesłuchiwanych handlarzy narkotyków wskazał Uriela jako jednego z nich , posiadającego fałszywe papiery, świeżo przybyłego zza granicy. Twierdził, że dziewczyna o niczym nie wie, bo Uriel ją omotał i kilka dni temu zaczął ich znajomość, wprowadzając się do niej niemal od razu. Nie było żadnych dowodów na jej powiązanie ze sprawą, podobnie jak na niewinność Uriela. Dopełnił to jeszcze fakt, że jego dokumenty miały mankamenty właściwe podrobionym przez tamtych ludzi. Zatrzymali go, a dziewczynę wypuścili. Gdy tylko znalazła się poza zasięgiem ich wzroku puściła się dzikim pędem przez miasto, nie zwarzając na zmęczenie, światła ani mijanych ludzi. Potrzebowała pomocy.
............................................................
Otworzyła drzwi do gabinetu Orifela, nie zwracając uwagi na to, że przerywa mu spotkanie, i, od progu, zaczęła mówić.
- Orifel, wybacz, ale to sprawa wielkiej wagi, Uriela właśnie...
- Wiem - przerwał jej. Stał, opierając się tyłem o biurko, jak gdyby nigdy nic, ubrany w garniturowe spodnie i niebieską koszulę. Całkowicie rozluźniony. Nagle drzwi za kobietą zatrzasnęły się z hukiem. Podskoczyła, zaskoczona, dopiero teraz zauważając postać kryjącą się w cieniu. Odwróciła się do przyjaciela, zdezorientowana.
- Orifel, co się tu dzieje? Uriel potrzebuje pomocy...
- Pomaganie mu nie leży w moim interesie.
- Co ty mówisz? - Była całkowicie zszokowana.
- Klan nie może zwracać na siebie tyle uwagi. Nie poświęcę dla niego bezpieczeństwa nas wszystkich.
- Ale on jest niewinny! Chcesz tak poprostu pozwolić im go mi zabrać?! Oni go wsadzą do więzienia! Dokumenty które od ciebie dostał miały mankamenty, wiedzieli, że są fałszywe! Chcesz to tak zostawić?!
- Dokładnie. Bo powiedz mi, dlaczego miałbym mu pomagać, skoro to nie da mi żadnych zysków?
- Czy ty wiesz co mówisz?! Zysków?! On był twoim przyjacielem!
- Stara zasada biznesu - trzymaj się tych, którzy są silni.
- Co się z tobą stało?! Co ja mam teraz niby zrobić?!
Zamyślił się, widocznie zadowolony z siebie.
- To zależy od ciebie. Jak wiele jesteś w stanie dla niego poświęcić?
- Wszystko. - Odparła bez cienia wahania.
- Nawet gdybym go z tego wyciągnął, byłby obserwowany, a my mielibyśmy problemy. Jedynym wyjściem było by, żeby wyciągnął go ktoś inny, i żeby Uriel ukrył się tam, gdzie go nie znajdą. W zastępach niebieskich.
- Uriel upadł! Jak ty to sobie wyobrażasz?
- Możesz oddać mu swoje skrzydła. Całą swoją moc, która uczyni go znów nieśmiertelnym aniołem, który nie zna miłości innej niż ta, którą znać powinien.
Nashera była w szoku. Patrzyła na niego, ale go nie widziała. Pękło jej serce. Jeśli go ocali, nigdy go już nie zobaczy. Zapomni o niej i o jej miłości. Zostanie włączony do anielskich zastępów, które nie potrafią tak kochać. Oboje będą nieśmiertelni, odzieleni na zawsze od siebie. Będzie cierpieć sama, znów będzie sama... Bez skrzydeł, bez mocy, bez Uriela... Ale czy miała jakiś wybór?
- Kto przekaże mu moją moc? Musi to zrobić ktoś inny, ja nie dam rady...
- Zdaję sobie z tego sprawę. I akurat jest ktoś taki... Ale jego pomoc słono kosztuje.
- Zrobię wszystko... Tylko proszę... pomóż mu...
Jej głos zaczął się łamać od bólu, który rozrywał ją od środka. Z cienia za nią zaczął się wyłaniać zapomniany mężczyzna. Wysoka, smukła postać o włosach czarnych jak węgiel i niesamowicie zielonych oczach.
- Nie zrobię tego za nic. Moja pomoc będzie cię kosztować.
Nashera odwróciła się do niego, cierpiąca i zdezorientowana. Gdy tylko spojrzała na niego, otworzyła szeroko oczy i cofnęła się, przestraszona. Nie mogła uwierzyć w to, co widzi.
- Gabriel...?
Mężczyzna uśmiechnął się przebiegle, zadowolony z siebie. Powolnymi, majestatycznymi ruchami polującego drapieżnika zaczął się do niej zbliżać, a ona oddalała się od niego, idąc do tyłu, byle jak najdalej od niego. Jego spojrzenie było straszne. Widać w nim było zabójczą mieszankę samozadowolenia, głodu i poczucia władzy, którą miał nad przestraszoną kobietą. Spojrzała na Orifela, szukając u niego pomocy. Ale w jego oczach zobaczyła tylko strach i posłuszeństwo wobec anioła.
- Co to wszystko znaczy? - Jej głos, wydobywający się z zaciśniętego gardła, był chrapliwy i niewiele głośniejszy od szeptu.
- Układ sił się zmienia. A ja zawsze trzymam z silniejszymi. Tobie też to doradzam. Tylko on może pomóc Urielowi.
Spojrzała na niego. Teraz zrozumiała swoją wizję. Układ sił się zmieniał. Gabriel spiskował z Lucyferem, żeby przejąć władzę. Wciągnął w to Orifela, bo miał wpływy na ziemi ludzi, zastawili na nią pułapkę, wykorzystując jej przywiązanie do Uriela. A ona wpadła prosto w ich sidła. Stała na drodze do własnej zguby, gdzie nie było możliwości powrotu ani żadnych rozwiązań, żeby uciec. Mogła tylko kroczyć do przodu wytyczoną przez nich trasą. Nie rozumiała tylko...
- Dlaczego ja? Do czego jestem wam potrzebna? Nie mam nic na czym mogłoby wam zależeć. Co mam zrobić? Czego żądacie w zamian za pomoc? Nie mam nic...
- Ja nie żądam niczego. Mnie wystarczy, że Gabriel dostanie, czego chce.
Nashera spojrzała pytająco na stojącego zaledwie kilka kroków od niej mężczyznę. Jego uśmiech stał się jeszcze szerszy i jeszcze bardziej przerażający.
- Nie masz nic, czym mogłabyś zapłacić za wolność i bezpieczeństwo Uriela?
Pokręciła głową, coraz bardziej bojąc się tego co może wymyślić ktoś jego pokroju.
- A mnie się Wydaje że jednak masz. Coś, co ponoć ludzie cenią bardziej od złota i bogactw, zwłaszcza w tym kraju. Coś na czego pochwałę śpiewają pieśni i za co giną. - Znów zaczął się do niej przybliżać, a ona znów się cofała. Zadrżała ze strachu, gdy jej plecy spotkały się z zimną powierzchnią ściany. Poczuła się jak zapędzone w kozi róg zwierzę. Oddychała szybko, przerażona. Gabriel gwałtownie oparł ręce po bokach jej głowy, odcinając jej wszystkie możliwości ucieczki. Wpatrywała się w niego, sparaliżowana strachem. Nachylił się nad drżącą kobietą i wyszeptał jej do ucha lekko ochrypłym głosem:
- Twoja wolność, w zamian za jego.
Odsunął się nagle, jak gdyby nigdy nic i wpatrywał z widocznym oczekiwaniem w drżącą, przerażoną kobietę. Widać było, że ten widok bardzo mu się podoba, że podoba mu się to, jak na nią działa, jaką wielką ma nad nią władzę. Zamknęła oczy, a z pod jej powiek wymknęła się jedna, pojedyncza łza.
- Nie dajecie mi żadnego wyboru. Zgadzam się.
Gabriel uśmiechnął się jeszcze szerzej, zadowolony z efektów swoich starań. Podszedł do niej i wyciągnął rękę w jej kierunku. W momencie gdy ją uścisnęła poczuła się bardzo słaba, a całe jej ciało przeszły spazmy bólu. Nie mogąc się powstrzymać zaczęła, przez zaciśnięte zęby, wyć z bólu i wyginać się. Przestała kontrolować swoje ciało. Gabriel przyciągnął ją do siebie i zamknął szczelnie w ramionach, nie pozwalając jej zrobić sobie samej krzywdy. Wyrywała się zarówno z bólu jak i z chęci ucieczki od niego i strachu. Orifel odwrócił się, nie mogąc patrzeć na ból jaki jej sprawiano. Choć nie chciał, musiał być posłuszny woli Gabriela.
Po chwili wszystko się uspokoiło. Dziewczyna była tak wyczerpana cierpieniem i nadmiarem emocji. Jej delikatna natura nie mogła znieś otoczenia przez tyle zła. Trzymała się jedynie na skraju świadomości, nie mając sił wyrywać się wciąż trzymającemu ją mężczyźnie. Pozwoliła sobie na chwilę odpoczynku, opierając się o niego całkowicie. Wiedziała, że niewielki z resztą ciężar jej ciała jest niczym dla anioła. Odebrał jej moc. Znosiła ten ból z myślą, że dzięki niej Uriel będzie bezpieczny. Nie mając już sił, odpłynęła w ciemność, zamykając oczy.
..............................................................
Artur odsunął się od drzwi, przy których tak gorliwie podsłuchiwał i zerkał przez dziurkę od klucza. Nie mógł w to uwierzyć... Musiał coś zrobić, i to teraz, zaraz! Pognał w dół schodów do wyjścia, już złapał za klamkę, już otwierał drzwi gdy...
- Wybierasz się gdzieś? - Zapytał mężczyzna o niemiłym głosie, stojący po drugiej stronie.
Stróż chciał się na niego rzucić, ale jeden cios w głowę wystarczył, by go skutecznie ogłuszyć.
................................................
I jak tam, Robaczki? Wow, szósty rozdział a my już tak daleko... Ale teraz główny wątek fabularny zwolni, dzięki czemu będziemy mieli więcej sposobności do zajmowania się naszą dwójką. Nie zdradzę wiele, ale uprzedzam, że będzie się działo. Nieubłaganie zbliżamy się do... powiedzmy sobie "bardziej stymulujących wątków ". Czekam na wasze komentarze, uwagi i (być może) jakieś ciekawe teorie czy koncepcje. A może ktoś ma jakieś pytania? Piszcie śmiało.
Ps. Jako że nie uznaję świątecznych one-shotów postanowiłam w ramach prezentu świątecznego podarować wam poprostu nowy rozdział. Nie bijcie wy, którzy je lubicie! XD
piątek, 25 grudnia 2015
środa, 16 grudnia 2015
Skrzydlate upadki rozdział 5
Usiedli na niebieskiej kanapie stojącej w rogu gabinetu. Orifel usiadł na fotelu naprzeciwko nich. Uriel zerknął na swoją ukochaną. Siedziała dziwnie sztywno, jak gdyby była spięta; gotowa do ataku... lub obrony. Ich rozmówca również wydawał się dziwnie podenerwowany. Atmosfera zgęstniała, niczym odstawiona do lodówki galaretka.
- Orifel, nie zamierzam owijać w bawełnę. Uriel potrzebuje tożsamości a ja pracy.
Upadły anioł znacznie się rozluźnił. Sprawy biznesowe natychmiast pochłonęły całą trójkę. Nashera dostała nową pracę i papiery świadczące o wykształceniu. Z Urielem był większy problem. O ile imię mogło pozostać niezmienione, ze względu na "wychowanie w bardzo katolickiej rodzinie ", o tyle nazwisko było kwestią trudną. Orifel kategorycznie nie chciał się zgodzić na nadanie mu jej nazwiska i uznanie Ich za małżeństwo. Twierdził że zbyt wiele osób ją zna, a poza tym sprawiłoby mu to masę problemów. Było to naprawdę dziwne, ale ostatecznie Uriel wyszedł z gabinetu jako Uriel Dąbski. Dziwnie to brzmiało, ale nie chciał porzucić swojego imienia. Było to zrozumiałe - to jedyne co mu pozostało. Pożegnawszy się z młodym stróżem wrócili do domu.
- Orifel bardzo się zmienił.
- Jak my wszyscy. Nie mieliśmy wyboru. Nie jest nam łatwo na tej ziemi.
- Nie uważasz że trochę przesadził z tym nazwiskiem?
- Coś mi tu śmierdzi. Jego wyjaśnienie miało sens, ale bez przesady. Martwię się. On coś knuje, czuję to.
........................................................
Telefon odezwał się o umówionej godzinie, jak zwykle z rażącą punktualnością. Orifel niechętnie podniósł słuchawkę.
- Pisałeś że masz problem. O co chodzi? - Przemówił głos.
- Uriel wrócił.
W jego głosie słychać było napięcie i strach przed reakcją rozmówcy. Przez chwilę panowała kompletna cisza, by, kilka sekund później odezwał się ponownie, przerażająco spokojny.
- Znalazł ją już?
- Byli u mnie dzisiaj. Ona chciała pracę a on dane osobowe. Chcieli... chcieli mieć wspólne nazwisko, ale im to wyperswadowałem...
- Dobrze. Jeszcze tego by mi brakowało... To nawet dobrze że on tu jest. Dasz radę go w coś wrobić? Coś z czego bez nas się nie wykaraska, ale bez przesady, nie chcę żeby się nią zainteresowali. Mają go wsadzić, a ona ma błagać o pomoc.
- Dam radę. Tylko że...
- Wątpliwości?
- Dlaczego nie weźmiesz jej sobie od razu?
W słuchawce rozbrzmiał cichy śmiech, który przyprawiał o gęsią skórkę.
- Chcę żeby przyszła do mnie z własnej woli. Nie chcę jej złamać. Jej duma dostarczy jej cierpień większych niż mógłbym dać ja. Chcę na to patrzeć. Jak jej urażona godność sprawia jej ból, a wszystko to moja sprawka...
Głos był ochrypły i dziwnie nieobecny, jak gdyby te wszystkie okropności go podniecały. Oether drżał, po czole spływał mu zimny pot. Bał się swojego rozmówcy. Dało się to usłyszeć w jego głosie.
- W... W takim razie zrobię jak każesz.
Odłożył słuchawkę czym prędzej, nadal drżąc na wspomnienie kończącego rozmowę śmiechu. Nie chciał mieć z nim nic wspólnego, ale nie miał wyjścia. Trzeba trzymać się silniejszych, zwłaszcza, jeśli to oni będą za chwilę rozdawać światu karty do gry bez zasad.
..........................................................
W pokoju nie paliło się ani jedno światło. Jedynym jego źródłem był blask metropolii wpadający przez szyby balkonu. Postać stojąca przy szybie miała nieobecny wzrok, całkowicie ignorując tętniące życiem, nawet w tak ciemną noc, miasto. Wysoki, smukły mężczyzna pogrążony był w swoim własnym świecie. Jego umysł sięgał dalej niż sięga wzrok, do odległych światów i krain. Do karmelowych włosów pewnej młodej kobiety. Do jej niezwykle pięknych, lazurowych oczu, okolonych czarnymi rzęsami. Do jej kobiecej, kuszącej sylwetki i delikatnego, bladego ciała, nieskalanego dotykiem rąk...
Uderzył czołem o szybę. Wystarczy!!! Jeszcze nie teraz... Ale już niedługo. Już niedługo nie będzie musiał się z tym kryć. Już niedługo będzie jego... Wkrótce setki lat ciągłych kłamstw, oszustw i szantaży dadzą efekt. Już niedługo zaspokoi targającą nim od tysięcy lat żądzę. Zerknął na swoją dłoń. W zaciśniętej pięści trzymał szczątki telefonu. Zmiażdżył go gołą ręką. Zamknął oczy by się uspokoić. Musi nad tym panować. Pomimo wszystko, nie chciał zrobić tego samego z nią. Sam już nie wiedział. Chciał ją skrzywdzić, chciał żeby mu ufała, żeby była tylko jego. W każdym aspekcie. Ale wiedział jedno: chciał jej, i nie miał zamiaru pozwolić komukolwiek, żeby stanął mu na drodze.
................................................
Trochę mnie nie było, ale wena nie sługa, poza tym... Pliis, błagam o komentarze XD to byłby mega motywator, jestem pewna że od razu wrzuciłabym nowy post. A tak to aż się odechciewa... Odpowiedzi na postawione ostatnio pytania: już wiecie; pewnie się domyślacie; nadal szuka ; tak. W najbliższym czasie, czyli jeszcze przed świętami, mam zamiar wstawić nowy i dużo dłuższy post. I tutaj pytanie dla was. Pewnie się domyślacie co się będzie niedługo działo. A jak nie to UWAGA SPOJLER! Będziecie chcieli wersję bardziej odpowiednią ( czytaj: okrojoną ze wszystkich pikantniejszych szczegółów) , czy może odwrotnie? Tę kwestię pozostawiam wam do rozstrzygnięcia w komentarzach, piszcie co chcecie a czego nie. Jeśli coś wam nie pasuje, obojętnie czy są to moje ewentualne błędy, strona graficzna czy treść, piszcie, z chęcią przyjmę krytykę i dostosuję się do waszych oczekiwań 😊
- Orifel, nie zamierzam owijać w bawełnę. Uriel potrzebuje tożsamości a ja pracy.
Upadły anioł znacznie się rozluźnił. Sprawy biznesowe natychmiast pochłonęły całą trójkę. Nashera dostała nową pracę i papiery świadczące o wykształceniu. Z Urielem był większy problem. O ile imię mogło pozostać niezmienione, ze względu na "wychowanie w bardzo katolickiej rodzinie ", o tyle nazwisko było kwestią trudną. Orifel kategorycznie nie chciał się zgodzić na nadanie mu jej nazwiska i uznanie Ich za małżeństwo. Twierdził że zbyt wiele osób ją zna, a poza tym sprawiłoby mu to masę problemów. Było to naprawdę dziwne, ale ostatecznie Uriel wyszedł z gabinetu jako Uriel Dąbski. Dziwnie to brzmiało, ale nie chciał porzucić swojego imienia. Było to zrozumiałe - to jedyne co mu pozostało. Pożegnawszy się z młodym stróżem wrócili do domu.
- Orifel bardzo się zmienił.
- Jak my wszyscy. Nie mieliśmy wyboru. Nie jest nam łatwo na tej ziemi.
- Nie uważasz że trochę przesadził z tym nazwiskiem?
- Coś mi tu śmierdzi. Jego wyjaśnienie miało sens, ale bez przesady. Martwię się. On coś knuje, czuję to.
........................................................
Telefon odezwał się o umówionej godzinie, jak zwykle z rażącą punktualnością. Orifel niechętnie podniósł słuchawkę.
- Pisałeś że masz problem. O co chodzi? - Przemówił głos.
- Uriel wrócił.
W jego głosie słychać było napięcie i strach przed reakcją rozmówcy. Przez chwilę panowała kompletna cisza, by, kilka sekund później odezwał się ponownie, przerażająco spokojny.
- Znalazł ją już?
- Byli u mnie dzisiaj. Ona chciała pracę a on dane osobowe. Chcieli... chcieli mieć wspólne nazwisko, ale im to wyperswadowałem...
- Dobrze. Jeszcze tego by mi brakowało... To nawet dobrze że on tu jest. Dasz radę go w coś wrobić? Coś z czego bez nas się nie wykaraska, ale bez przesady, nie chcę żeby się nią zainteresowali. Mają go wsadzić, a ona ma błagać o pomoc.
- Dam radę. Tylko że...
- Wątpliwości?
- Dlaczego nie weźmiesz jej sobie od razu?
W słuchawce rozbrzmiał cichy śmiech, który przyprawiał o gęsią skórkę.
- Chcę żeby przyszła do mnie z własnej woli. Nie chcę jej złamać. Jej duma dostarczy jej cierpień większych niż mógłbym dać ja. Chcę na to patrzeć. Jak jej urażona godność sprawia jej ból, a wszystko to moja sprawka...
Głos był ochrypły i dziwnie nieobecny, jak gdyby te wszystkie okropności go podniecały. Oether drżał, po czole spływał mu zimny pot. Bał się swojego rozmówcy. Dało się to usłyszeć w jego głosie.
- W... W takim razie zrobię jak każesz.
Odłożył słuchawkę czym prędzej, nadal drżąc na wspomnienie kończącego rozmowę śmiechu. Nie chciał mieć z nim nic wspólnego, ale nie miał wyjścia. Trzeba trzymać się silniejszych, zwłaszcza, jeśli to oni będą za chwilę rozdawać światu karty do gry bez zasad.
..........................................................
W pokoju nie paliło się ani jedno światło. Jedynym jego źródłem był blask metropolii wpadający przez szyby balkonu. Postać stojąca przy szybie miała nieobecny wzrok, całkowicie ignorując tętniące życiem, nawet w tak ciemną noc, miasto. Wysoki, smukły mężczyzna pogrążony był w swoim własnym świecie. Jego umysł sięgał dalej niż sięga wzrok, do odległych światów i krain. Do karmelowych włosów pewnej młodej kobiety. Do jej niezwykle pięknych, lazurowych oczu, okolonych czarnymi rzęsami. Do jej kobiecej, kuszącej sylwetki i delikatnego, bladego ciała, nieskalanego dotykiem rąk...
Uderzył czołem o szybę. Wystarczy!!! Jeszcze nie teraz... Ale już niedługo. Już niedługo nie będzie musiał się z tym kryć. Już niedługo będzie jego... Wkrótce setki lat ciągłych kłamstw, oszustw i szantaży dadzą efekt. Już niedługo zaspokoi targającą nim od tysięcy lat żądzę. Zerknął na swoją dłoń. W zaciśniętej pięści trzymał szczątki telefonu. Zmiażdżył go gołą ręką. Zamknął oczy by się uspokoić. Musi nad tym panować. Pomimo wszystko, nie chciał zrobić tego samego z nią. Sam już nie wiedział. Chciał ją skrzywdzić, chciał żeby mu ufała, żeby była tylko jego. W każdym aspekcie. Ale wiedział jedno: chciał jej, i nie miał zamiaru pozwolić komukolwiek, żeby stanął mu na drodze.
................................................
Trochę mnie nie było, ale wena nie sługa, poza tym... Pliis, błagam o komentarze XD to byłby mega motywator, jestem pewna że od razu wrzuciłabym nowy post. A tak to aż się odechciewa... Odpowiedzi na postawione ostatnio pytania: już wiecie; pewnie się domyślacie; nadal szuka ; tak. W najbliższym czasie, czyli jeszcze przed świętami, mam zamiar wstawić nowy i dużo dłuższy post. I tutaj pytanie dla was. Pewnie się domyślacie co się będzie niedługo działo. A jak nie to UWAGA SPOJLER! Będziecie chcieli wersję bardziej odpowiednią ( czytaj: okrojoną ze wszystkich pikantniejszych szczegółów) , czy może odwrotnie? Tę kwestię pozostawiam wam do rozstrzygnięcia w komentarzach, piszcie co chcecie a czego nie. Jeśli coś wam nie pasuje, obojętnie czy są to moje ewentualne błędy, strona graficzna czy treść, piszcie, z chęcią przyjmę krytykę i dostosuję się do waszych oczekiwań 😊
niedziela, 22 listopada 2015
Skrzydlate upadki rozdział 4
Dwie skryte w cieniu postaci stały pod wysokim klonem, dyskutując zawzięcie. Męskie głosy przecinały ciszę nocy. Jeden z nich był nieprzyjemny i chrapliwy, drugi delikatny i gładki, choć zimny.
- Dlaczego miałbym przystać na ten układ? - Zapytał mężczyzna o niemiłym głosie.
- Nie masz nic do stracenia. Jeśli nie wyjdzie, nic na tym nie stracisz.
- Nie tobie to rozsądzać!
- Powierzam ci proste zadanie.
- Jakie?! Proste?! To ma być żart?!
- Nie wydzieraj się. Jeśli się uda, wszyscy na tym skorzystamy. Oboje wiemy że obecny porządek jest niesprawiedliwy. Te nędzne robaki dostają wszystko, a nas gromią. Piotr i Michał zbyt długo wchodzą nam w drogę. Strategia jest ustalona i jasna; trzymaj się planu, a wszyscy na tym skorzystamy.
- A jakie ty będziesz miał z tego korzyści?
- Tym się nie przejmuj. Nie pragnę władzy. Ale pamiętaj - gdy ją przejmiesz, ja będę miał spokój. Jasne? Skrawek tylko dla mnie, z dala od twoich wpływów.
- Niech ci będzie.
Skinąwszy sobie na pożegnanie, poszli w całkowicie odmiennych kierunkach. Jeden z nich usilnie starał się odgonić przed powrotem wspomnienie karmelowych włosów, i trwającą w jego umyśle od tysięcy lat wizję. Wizję związaną z właścicielką najpiękniejszej twarzy na świecie, wizję, którą miał zamiar wkrótce wcielić w życie.
...................................................................
Nashera stała przy otwartym oknie w nadziei, że zimne, nocne powietrze wypędzi z jej głowy resztki wizji. To było bez sensu. Nie miała wizji od kilkudziesięciu lat, a teraz tak nagle miałaby się pojawić? Z całego serca chciała uwierzyć że był to tylko sen, jednak dobrze znane uczucie zimna przeczyło wszelkim resztkom nadziei. Zamknęła okno zrezygnowana. To przecież niemożliwe... Dobrze znała głosy, które nadal rozbrzmiewały w jej głowie. Ale to było tak nierealne... Gabriel i Lucyfer? Przejęcie władzy? To musiał być tylko zwykły sen. Zerknęła na zegar. 4:30. Nie było sensu kłaść się spać. Zamiast tego zaczęła przygotowywać śniadanie, sprzątać, robić dosłownie wszystko, by odpędzić od siebie mroczne myśli.
............................................................
Uriel radził sobie z nową żeczywistością o wiele lepiej niż mogła się spodziewać. Po śniadaniu udali się na zakupy. A właściwie najpierw Nashera poszła kupić mu kilka rzeczy, by mógł opuścić dom ubrany w coś więcej niż zbyt małe spodnie od dresu. Kilka godzin chodzenia po sklepach skutecznie zepsuło obojgu nastrój, dlatego dla relaksu siedzieli teraz na poduszkach pod oknem. Ona czytała na głos książkę, a on przysłuchiwał się opowieści. Kryminał wciągnął oboje, zaczęli nawet wymieniać się teoriami na temat możliwej tożsamości zbrodniarza gdy nagle odezwał się telefon. Dziewczyna odebrała i od razu pożałowała.
- Taka jesteś chora?! Nie ma to jak mały wypad na zakupy dla zdrowotności! Co?! Zwalniam cię!
Głos w słuchawce został zastąpiony miarowym pikaniem.
- Czy coś się stało?
- Właśnie straciłam pracę.
- I co teraz?
- Pójdę po ostatnią wypłatę i poszukam nowej...
- A jakiej?
- Może tłumacza? Znam w końcu wiele języków... Ale jest problem.
- Jaki? Przecież jako nieśmiertelna znasz je doskonale.
- No właśnie. Nie mam żadnych szkół, żadnych papierów, żadnych zaświadczeń. Wygląda na to że znów muszę skorzystać z pomocy.
- Jakiej pomocy?
- Wielu jest takich jak my. Na przestrzeni setek lat udało nam się złapać między sobą kontakt. Jesteśmy rozproszeni na całym świecie, ale staramy się trzymać razem. Na przykład tutaj, w Polsce, jest kilka klanów.
- Klanów?
- Tak nazywamy nasze grupy. Jesteśmy jak rodzina. Mamy tylko siebie, więc musimy być stale czujni, trzymamy się razem i nie ufamy obcym. To cena przetrwania. W pewnym sensie tworzymy coś na kształt mafii. Mamy idealne miejsce - nie za wysoko, żeby się nami nie interesowano, ale dostatecznie by mieć możliwości. Możemy godnie funkcjonować głównie dzięki fałszywym papierom, dlatego musimy mieć wpływy. Ważne firmy to nasza branża. Przynoszą zyski dość duże by wszystko organizować i dość niskie, by się nami zbytnio nie interesować.
- Ciężko mi uwierzyć że robisz coś takiego...
- Nie robię. Dlatego żyję skromnie. Ja tylko od czasu do czasu pomagam. Tylko dlatego że należę do klanu i Potrzebuję jego pomocy. Nie jestem tam nikim znaczącym.
Westchnęłam. Chyba nie mam wyboru... Muszę.
- Ty też będziesz musiał w tym uczestniczyć.
- Jakto?
- Nie możesz pozostać duchem. Nie masz żadnych dokumentów, zaświadczeń, niczego. Nie przeżyjesz w tym świecie. Nie mówię że teraz ale... w przyszłości.
- Dobrze. No to... gdzie idziemy?
- Chodź. Im wcześniej się tym zajmiemy tym szybciej będziemy mieli to za sobą.
.........................................................
Dwie postaci szły bocznymi uliczkami miasta. Były to jedne z tych dzielnic w które lepiej nie zapuszczać się samemu. Wilgotne powietrze przesycone było deszczem i wonią rozkładających się liści. Weszli do jednego z budynków i podeszli do siedzącego przy recepcji młodego chłopaka. W całym korytarzu rozbrzmiewały dzięki Angry Birds dochodzące z jego komórki. Nashera zdjęła kaptur i pochyliła się nam nim.
- Nieźle, ale celuj trochę wyżej.
Podskoczył zaskoczony.
- Nash! Bo zawału dostanę!
- Cliff, co ty tu robisz?
Uśmiechnęła się do niego i podała rękę w geście powitania.
- Ćśś! Teraz nie jestem Cliff, mów mi Artur. I uprzedzam, działam tutaj pod przykrywką, to tajna misja.
- A co masz ustalić?
- Tożsamość tego pajaca co mi wykrada cukier z szafki! Co za gnój, nie wie że nocny stróż nie przeżyje bez kawy?!
- Artur czy Cliff, słownictwo zawsze pozostanie to samo, co nie?
- To moja wizytówka. A kim jest twój kolega?
Zapytał, zerkając podejrzliwie na dopiero co zauważonego chłopaka. Zdjął kaptur kurtki a stróż odskoczył na bok.
- O żesz kurwa w dupę kopana! Uriel, stary, czy to ty?!
- Na to wygląda.
- Ale jak... co się... Ale ty...
- Spokojnie - upomniała go dziewczyna - Nie gorączkuj się tak. Pogadamy potem, teraz potrzebuję pilnie skontaktować się z Orifelem.
- Jasne jasne. Daj no mi tylko momencik.
Cofnął się do pomieszczenia stróżów i zaczął gorączkowo z kimś rozmawiać. Po chwili jego kudłata głowa wychyliła się przez róg.
- Szefu ma fazę na wiązanki, zanim skończy to wy już będziecie na górze. Idźcie śmiało. Acha, Uriel! Bo bym zapomniał. Wiesz... fajnie cię znowu widzieć.
- Dzięki.
Zaczęli wspinać się po obskurnych schodach. Wszystko wyglądało niczym stare przedwojenne blokowisko. Nic nie wskazywało na to, że może to być siedziba upadłych aniołów. Dopiero gdy weszli na wyższe piętro ich oczom ukazał się skąpany w przyjemnym świetle świec korytarz o dość skromnym, ale bardzo przyjemnym biało - czarno - niebieskim wystroju. Na końcu korytarza były lśniące podwójne drzwi z ciemnego drewna. Nashera bez cienia wahania nacisnęła klamkę i otworzyła drzwi.
- I powiem Ci coś jeszcze, jeśli jeszcze raz dowiem się że...
W tym momencie urwał. Odwróciwszy się i zobaczywszy kto stał w jego drzwiach stanął jak wryty z telefonem przy uchu i kubkiem kawy w połowie drogi do ust.
- Dokończymy później - zdołał tylko wymamrotać do słuchawki i odłożył ją na aparat telefoniczny. Jego złociste loki i lazurowe oczy zamarły, jak gdyby dostrzegając powagę sytuacji. Opalona skóra nieco zaburzała realny obraz, ale Nashera była prawie pewna że zbladł. Poluzował niebieski krawat jak gdyby zrobiło mu się gorąco.
- Czyli jednak plotki nie kłamią. Nasz drogi cherubin dołączył do grona upadłych. Witaj w naszych szeregach.
...........................................
ŁO MATKO ALE MNIE DŁUGO NIE BYŁO! No ale cóż, liceum to nie przelewki. Uczy się człowiek a na zaliczeniu tak czy inaczej trója XD Nie zabijajcie mnie, ale nie wiem kiedy dodam następną notkę. Na swoją obronę dodam, że wszystkie dotychczasowe posty są pisane na komórce XD postaram się poprawić i dodać coś jak najszybciej. Mamy tutaj już zawiązek akcji, będziemy rozwijać ten wątek.
Gorąca prośba o pozostawienie komentarzy!
I na koniec pytanie dla was: Czemu Orifel tak dziwnie zareagował? Co knuje Gabriel? Czy Artur złapie tego kto kradnie mu cukier? Czy były szef naszej bohaterki wścieka się tak, bo męskie stringi piją go w tyłek? Dowiecie się już w następnym odcinku XD
- Dlaczego miałbym przystać na ten układ? - Zapytał mężczyzna o niemiłym głosie.
- Nie masz nic do stracenia. Jeśli nie wyjdzie, nic na tym nie stracisz.
- Nie tobie to rozsądzać!
- Powierzam ci proste zadanie.
- Jakie?! Proste?! To ma być żart?!
- Nie wydzieraj się. Jeśli się uda, wszyscy na tym skorzystamy. Oboje wiemy że obecny porządek jest niesprawiedliwy. Te nędzne robaki dostają wszystko, a nas gromią. Piotr i Michał zbyt długo wchodzą nam w drogę. Strategia jest ustalona i jasna; trzymaj się planu, a wszyscy na tym skorzystamy.
- A jakie ty będziesz miał z tego korzyści?
- Tym się nie przejmuj. Nie pragnę władzy. Ale pamiętaj - gdy ją przejmiesz, ja będę miał spokój. Jasne? Skrawek tylko dla mnie, z dala od twoich wpływów.
- Niech ci będzie.
Skinąwszy sobie na pożegnanie, poszli w całkowicie odmiennych kierunkach. Jeden z nich usilnie starał się odgonić przed powrotem wspomnienie karmelowych włosów, i trwającą w jego umyśle od tysięcy lat wizję. Wizję związaną z właścicielką najpiękniejszej twarzy na świecie, wizję, którą miał zamiar wkrótce wcielić w życie.
...................................................................
Nashera stała przy otwartym oknie w nadziei, że zimne, nocne powietrze wypędzi z jej głowy resztki wizji. To było bez sensu. Nie miała wizji od kilkudziesięciu lat, a teraz tak nagle miałaby się pojawić? Z całego serca chciała uwierzyć że był to tylko sen, jednak dobrze znane uczucie zimna przeczyło wszelkim resztkom nadziei. Zamknęła okno zrezygnowana. To przecież niemożliwe... Dobrze znała głosy, które nadal rozbrzmiewały w jej głowie. Ale to było tak nierealne... Gabriel i Lucyfer? Przejęcie władzy? To musiał być tylko zwykły sen. Zerknęła na zegar. 4:30. Nie było sensu kłaść się spać. Zamiast tego zaczęła przygotowywać śniadanie, sprzątać, robić dosłownie wszystko, by odpędzić od siebie mroczne myśli.
............................................................
Uriel radził sobie z nową żeczywistością o wiele lepiej niż mogła się spodziewać. Po śniadaniu udali się na zakupy. A właściwie najpierw Nashera poszła kupić mu kilka rzeczy, by mógł opuścić dom ubrany w coś więcej niż zbyt małe spodnie od dresu. Kilka godzin chodzenia po sklepach skutecznie zepsuło obojgu nastrój, dlatego dla relaksu siedzieli teraz na poduszkach pod oknem. Ona czytała na głos książkę, a on przysłuchiwał się opowieści. Kryminał wciągnął oboje, zaczęli nawet wymieniać się teoriami na temat możliwej tożsamości zbrodniarza gdy nagle odezwał się telefon. Dziewczyna odebrała i od razu pożałowała.
- Taka jesteś chora?! Nie ma to jak mały wypad na zakupy dla zdrowotności! Co?! Zwalniam cię!
Głos w słuchawce został zastąpiony miarowym pikaniem.
- Czy coś się stało?
- Właśnie straciłam pracę.
- I co teraz?
- Pójdę po ostatnią wypłatę i poszukam nowej...
- A jakiej?
- Może tłumacza? Znam w końcu wiele języków... Ale jest problem.
- Jaki? Przecież jako nieśmiertelna znasz je doskonale.
- No właśnie. Nie mam żadnych szkół, żadnych papierów, żadnych zaświadczeń. Wygląda na to że znów muszę skorzystać z pomocy.
- Jakiej pomocy?
- Wielu jest takich jak my. Na przestrzeni setek lat udało nam się złapać między sobą kontakt. Jesteśmy rozproszeni na całym świecie, ale staramy się trzymać razem. Na przykład tutaj, w Polsce, jest kilka klanów.
- Klanów?
- Tak nazywamy nasze grupy. Jesteśmy jak rodzina. Mamy tylko siebie, więc musimy być stale czujni, trzymamy się razem i nie ufamy obcym. To cena przetrwania. W pewnym sensie tworzymy coś na kształt mafii. Mamy idealne miejsce - nie za wysoko, żeby się nami nie interesowano, ale dostatecznie by mieć możliwości. Możemy godnie funkcjonować głównie dzięki fałszywym papierom, dlatego musimy mieć wpływy. Ważne firmy to nasza branża. Przynoszą zyski dość duże by wszystko organizować i dość niskie, by się nami zbytnio nie interesować.
- Ciężko mi uwierzyć że robisz coś takiego...
- Nie robię. Dlatego żyję skromnie. Ja tylko od czasu do czasu pomagam. Tylko dlatego że należę do klanu i Potrzebuję jego pomocy. Nie jestem tam nikim znaczącym.
Westchnęłam. Chyba nie mam wyboru... Muszę.
- Ty też będziesz musiał w tym uczestniczyć.
- Jakto?
- Nie możesz pozostać duchem. Nie masz żadnych dokumentów, zaświadczeń, niczego. Nie przeżyjesz w tym świecie. Nie mówię że teraz ale... w przyszłości.
- Dobrze. No to... gdzie idziemy?
- Chodź. Im wcześniej się tym zajmiemy tym szybciej będziemy mieli to za sobą.
.........................................................
Dwie postaci szły bocznymi uliczkami miasta. Były to jedne z tych dzielnic w które lepiej nie zapuszczać się samemu. Wilgotne powietrze przesycone było deszczem i wonią rozkładających się liści. Weszli do jednego z budynków i podeszli do siedzącego przy recepcji młodego chłopaka. W całym korytarzu rozbrzmiewały dzięki Angry Birds dochodzące z jego komórki. Nashera zdjęła kaptur i pochyliła się nam nim.
- Nieźle, ale celuj trochę wyżej.
Podskoczył zaskoczony.
- Nash! Bo zawału dostanę!
- Cliff, co ty tu robisz?
Uśmiechnęła się do niego i podała rękę w geście powitania.
- Ćśś! Teraz nie jestem Cliff, mów mi Artur. I uprzedzam, działam tutaj pod przykrywką, to tajna misja.
- A co masz ustalić?
- Tożsamość tego pajaca co mi wykrada cukier z szafki! Co za gnój, nie wie że nocny stróż nie przeżyje bez kawy?!
- Artur czy Cliff, słownictwo zawsze pozostanie to samo, co nie?
- To moja wizytówka. A kim jest twój kolega?
Zapytał, zerkając podejrzliwie na dopiero co zauważonego chłopaka. Zdjął kaptur kurtki a stróż odskoczył na bok.
- O żesz kurwa w dupę kopana! Uriel, stary, czy to ty?!
- Na to wygląda.
- Ale jak... co się... Ale ty...
- Spokojnie - upomniała go dziewczyna - Nie gorączkuj się tak. Pogadamy potem, teraz potrzebuję pilnie skontaktować się z Orifelem.
- Jasne jasne. Daj no mi tylko momencik.
Cofnął się do pomieszczenia stróżów i zaczął gorączkowo z kimś rozmawiać. Po chwili jego kudłata głowa wychyliła się przez róg.
- Szefu ma fazę na wiązanki, zanim skończy to wy już będziecie na górze. Idźcie śmiało. Acha, Uriel! Bo bym zapomniał. Wiesz... fajnie cię znowu widzieć.
- Dzięki.
Zaczęli wspinać się po obskurnych schodach. Wszystko wyglądało niczym stare przedwojenne blokowisko. Nic nie wskazywało na to, że może to być siedziba upadłych aniołów. Dopiero gdy weszli na wyższe piętro ich oczom ukazał się skąpany w przyjemnym świetle świec korytarz o dość skromnym, ale bardzo przyjemnym biało - czarno - niebieskim wystroju. Na końcu korytarza były lśniące podwójne drzwi z ciemnego drewna. Nashera bez cienia wahania nacisnęła klamkę i otworzyła drzwi.
- I powiem Ci coś jeszcze, jeśli jeszcze raz dowiem się że...
W tym momencie urwał. Odwróciwszy się i zobaczywszy kto stał w jego drzwiach stanął jak wryty z telefonem przy uchu i kubkiem kawy w połowie drogi do ust.
- Dokończymy później - zdołał tylko wymamrotać do słuchawki i odłożył ją na aparat telefoniczny. Jego złociste loki i lazurowe oczy zamarły, jak gdyby dostrzegając powagę sytuacji. Opalona skóra nieco zaburzała realny obraz, ale Nashera była prawie pewna że zbladł. Poluzował niebieski krawat jak gdyby zrobiło mu się gorąco.
- Czyli jednak plotki nie kłamią. Nasz drogi cherubin dołączył do grona upadłych. Witaj w naszych szeregach.
...........................................
ŁO MATKO ALE MNIE DŁUGO NIE BYŁO! No ale cóż, liceum to nie przelewki. Uczy się człowiek a na zaliczeniu tak czy inaczej trója XD Nie zabijajcie mnie, ale nie wiem kiedy dodam następną notkę. Na swoją obronę dodam, że wszystkie dotychczasowe posty są pisane na komórce XD postaram się poprawić i dodać coś jak najszybciej. Mamy tutaj już zawiązek akcji, będziemy rozwijać ten wątek.
Gorąca prośba o pozostawienie komentarzy!
I na koniec pytanie dla was: Czemu Orifel tak dziwnie zareagował? Co knuje Gabriel? Czy Artur złapie tego kto kradnie mu cukier? Czy były szef naszej bohaterki wścieka się tak, bo męskie stringi piją go w tyłek? Dowiecie się już w następnym odcinku XD
poniedziałek, 2 listopada 2015
Skrzydlate upadki rozdział 3
Jest mi tak ciepło i błogo... Od dawna nie czułam się tak dobrze. Wyczuwam jak jego klatka piersiowa unosi się i opada spokojnym, jednostajnym rytmem. Słyszę bicie jego serca, nieco szybsze niż bym się spodziewała. Ostrożnie podnoszę głowę i zerkam na niego. Nie śpi. Patrzy na mnie. Wygląda dużo lepiej niż wcześniej. Nadal jest blady i widocznie słaby, ale nie aż tak.
- Jak się czujesz? - Pytam ostrożnie.
- Już lepiej - mówi cicho, ale o wiele silniej niż poprzednio.
Zerkam na zegar. 18:20. Dość późno.
- Długo już nie śpisz?
- Może z godzinę...
- Dlaczego mnie nie obudziłeś?
- Byłaś zmęczona. Poza tym nie było potrzeby.
- Jesteś głodny? Chce ci się pić?
- Chyba tak...
Odpoczywaj. Zajmę się wszystkim.
Wstaję i udaję się do kuchni. Wyciągam mały garnek i zaczynam przygotowywać rosół - będzie idealny. Jest jeszcze słaby, a poza tym... dopiero co upadł. Nigdy jeszcze nie był głodny i nie jadł. Nalewam wody do szklanki i zanoszę mu ją.
- Wypij.
Spełnia moje polecenie i marszczy brwi.
- To niemiłe uczucie to pragnienie?
- Tak.
- A to drugie to głód?
- Chyba tak. Nie martw się. Będzie dobrze. Pomogę Ci i wszystko się jakoś ułoży.
- Zawsze byłaś taka dobra... Nic się nie zmieniłaś.
Uśmiecham się i przeczesuję mu włosy palcami. Zamyka oczy, najwidoczniej mogę sobie pozwolić na takie gesty. Niechętnie odchodzę i po chwili wracam z miską. Uriel próbuje się podnieść, ale tylko syczy z bólu i opada na poduszki. Pomagam mu nieco się podnieść i podaję mu zupę. Mam ochotę się roześmiać na widok jego nieporadności i szoku wywołanego tym, że jedzenie jest gorące. Biorę więc swoją miskę i zaczynam powoli jeść, a on powtarza moje ruchy. Pod wieloma względami bardziej przypomina dziecko niż dojrzałego mężczyznę. Jeszcze przez długi czas tak właśnie będzie. Nie będzie mu łatwo; mnie też nie. Ale da sobie radę. Wierzę w niego.
Gdy miski są już puste Uriel uśmiecha się.
- To było dobre.
- Dziękuję. - waham się czy go męczyć, ale wiem, że muszę. - Uriel... Wiem że... że to może być dla ciebie... trudne... ale... czy mógłbyś mi powiedzieć... co się stało?
Jego twarz smutneje. Przez chwilę milczy, aż zaczynam podejrzewać że nic już nie powie. Po chwili jednak odwraca do mnie smutne oczy.
- Po twoim odejściu... Długo tego nie rozumiałem. Myślałem że po wojnie wszystko się ułoży. Nie wiem czy to właśnie dlatego nie chciałem odejść z tobą. Przez długi czas miałem nadzieję że wrócisz. A potem... Zaczęły się masowe upadki. Aniołowie zakochani w sobie nawzajem albo w ludziach byli ztrącani na ziemię albo w otchłań, jeśli nie chcieli się poddać. Michał dowodził. To były prawdziwe nagonki. Zrozumiałem że byłem głupi. Głupi, bo nie uciekłem z tobą, i ponieważ wierzyłem, że możesz chcieć wrócić. Ale nie mogłem ruszyć do ciebie. Musiałem się ukryć, żeby przeżyć to wszystko. Dopiero kilkaset lat później wszystko się uspokoiło. Ale nadal nie wolno nam było kochać tak, jak kochałem ciebie. W ukryciu zacząłem cię szukać. Ale ukryłaś się tak dobrze, że nie mogłem znaleźć. Co jakiś czas, gdy rozkładałaś skrzydła, zaczynałem czuć że jesteś blisko. Ale znikałaś tak szybko... Jednak te krótkie momenty dawały mi nadzieję że żyjesz i jesteś cała i zdrowa... Wczoraj byłem niedaleko. Zostałem wreszcie wysłany na ziemię, miałem zastąpić stróża, który upadł. Liczyłem, że rozłożysz skrzydła. Tak bardzo tego pragnąłem. I zrobiłaś to. Wyczułem cię nieopodal. Zrobiłem coś niewybaczalnego. Opuściłem osobę, której miałem strzec i udałem się do ciebie. Nim jednak dotarłem na miejsce... spotkałem Michała. Powiedział że ten człowiek umarł. Bo go opuściłem. Powiedział że nie zasługuję by dalej być aniołem. Ja... Upadłem.
Jego ostatnie słowo było tak pełne żalu że aż chciało mi się płakać.
- Co chwila traciłem przytomność. Gdy ją odzyskiwałem... starałem się dotrzeć do ciebie... Udało mi się. Nashera...
Głos mu się załamał. Nie mogłam już powstrzymać łez, cisnących mi się do oczu. Przytuliłam się do niego i, nie martwiąc się o nic, zaczęłam płakać. On mnie kocha... Kocha mnie tak jak dawniej! Objął mnie i głaskał uspokajająco moje plecy.
- Tak się bałam! - szlocham- Tak się bałam że mnie już nie kochasz! Że mnie nawet nie szukasz... Uriel...
- Ćśś. Nie płacz. Nie powinnaś płakać. Kocham cię. Zawsze kochałem, od samego Zarania.
Gdy wreszcie udaje mi się uspokoić jestem wykończona. Wykończona wszystkimi tymi emocjami i szokiem.
- Nashera?
- Tak?
- Wiem że to nieodpowiednie żeby teraz zawracać Ci głowę tak prozaicznymi żeczami ale... Przypuszczam że nie masz tu żadnych męskich ubrań?
Czerwienię się jak nigdy. No tak! Przecież on nadal jest nagi! Nagle zaczyna mi wybitnie przeszkadzać to, że dzieli nas tylko kołdra i cienka warstwa bandarzy na jego piersi. Starając się ukryć zarzenowanie wychodzę z sypialni i zaglądam do szafy. Czasami lubię chodzić w męskim dresie gdy mam wolny dzień. Gdzieś tu powinny być spodnie których nie noszę z tej prostej przyczyny, że są na mnie o wiele za duże... Są! Wyciągam szare spodnie z dna szafy i wracam do pokoju. Zostawiam spodnie na szafce i czym prędzej opuszczam pomieszczenie. Udaję się do kuchni i zaczynam sprzątać WSZYSTKO co tylko wpadnie mi w ręce. Muszę ochłonąć, a to najlepszy sposób żeby nie myśleć. Gdy w pomieszczeniu nie pozostaje już nic co można by posprzątać jestem już bardziej opanowana. Podchodzę do drzwi sypialni i pukam cicho, po czym uchylam drzwi. Uriel półleży na łóżku, na szczęście już ubrany w spodnie. Są nieco za krótkie, ale nie mam nic innego. Gdy mu to mówię uśmiecha się nieznacznie i wyciąga ręce w zapraszającym geście. Podchodzę do niego.
- Mogę zobaczyć twoje rany? Goisz się szybciej niż ludzie, ale to nie potrwa długo, więc musimy to wykorzystać.
- Dobrze.
Po tych słowach powoli i ostrożnie odwraca się na brzuchu i kładzie płasko na pościeli. Zaczynam odwijać bandaż i w końcu moim oczom ukazują się dwie czerwone pręgi. Zrosły się szybciej niż przypuszczałam...
- Jak się czujesz?
- Już w porządku. Tylko troszeczkę boli.
- Muszę zdjąć szwy.
- W porządku.
Zabieram się więc do pracy. Staram się zrobić to jak najszybciej.
- Jak teraz?
- Lepiej.
- Spróbuj się trochę poruszać. Powiedz, kiedy będzie boleć.
Uriel podnosi się ostrożnie do siadu, po czym wstaje. Stojąc, znacznie nade mną góruje. Moje oczy są na lini jego umięśnionych ramion. Jego tors jest nagi, co sprawia że rumienię się na wspomnienie...
- Czy coś się stało?
- Czemu pytasz?
- Spuszczasz głowę. I się rumienisz. Czy to przeze mnie?
Moje pełne wstydu milczenie zostało chyba potraktowane jako odpowiedź twierdząca. Uriel chwyta mnie za podbródek i delikatnie zmusza, bym spojrzała mu w oczy.
- Przepraszam, jeśli w jakiś sposób cię zawstydziłem... Czy to przez moje wcześniejsze pytanie? Przez to że mimochodem postawiłem cię w niezręcznej sytuacji? Wiem że mogłaś poczuć się skrępowana moją wcześniejszą nagością, ale rozumiesz że...
- Rozumiem. Przepraszam, poprostu... Trochę mnie to krępuje.
- Nie chcę żebyś czuła się przy mnie skrępowana. Chcę żebyś czuła się ze mną swobodnie. Rozumiem że kilka tysięcy lat rozłąki to ogromna różnica. Zrozumiem jeśli twoje uczucie względem mnie osłabło...
- Nie osłabło. Kocham cię tak samo mocno, jak gdyby ta rozłąka nigdy nie miała miejsca. Poprostu... Nie wiem jak to powiedzieć...
- Nie musisz nic mówić. Chcę tylko żebyś mi coś obiecała.
- Co takiego?
- Powiedz mi, jeśli kiedyś coś co zrobię ci się nie spodoba.
- Dobrze. Ale... czemu mnie o to prosisz?
- Bo nie wiem czy wolno mi to zrobić.
Po tych słowach delikatnie się ku mnie pochyla i całuje mnie w usta. Jego pocałunek jest ostrożny, jak gdyby nie był pewien mojej reakcji. Gdy się ode mnie odsuwa spogląda mi w oczy troskliwie i bierze moją twarz w dłonie, lekko ją głaszcząc.
- W porządku?
- Tak.
Przytulam się do niego. To takie cudowne że mnie kocha.
- Chodźmy spać. - Proponuję.
- Dobrze.
Kładziemy się więc razem pod kołdrą, a ja wtulam się w jego ciepłe ciało. Niczego więcej mi nie potrzeba.
.....................................................................
No dobra, dzisiaj troszkę romansidłowato. Ale co poradzić - jestem tylko biedną ofiarą Disneya i literatury młodzieżowej, na to nie ma lekarstwa. Ale obiecuję że niedługo pojawi się akcja. Może w następnym rozdziale, nie wiem. Niczego nie obiecuję. Tylko tyle że wkrótce. No to... do napisania! I moja gorąca prośba - zostawiajcie komentarze, jeśli wam się podoba to "prześlij do znajomych, bo będziesz mieć pecha ". Ale na serio, to poprostu bardzo zależy mi na frekwencji na blogu, to naprawdę motywuje do działania, a początki są trudne...
No to pa!
- Jak się czujesz? - Pytam ostrożnie.
- Już lepiej - mówi cicho, ale o wiele silniej niż poprzednio.
Zerkam na zegar. 18:20. Dość późno.
- Długo już nie śpisz?
- Może z godzinę...
- Dlaczego mnie nie obudziłeś?
- Byłaś zmęczona. Poza tym nie było potrzeby.
- Jesteś głodny? Chce ci się pić?
- Chyba tak...
Odpoczywaj. Zajmę się wszystkim.
Wstaję i udaję się do kuchni. Wyciągam mały garnek i zaczynam przygotowywać rosół - będzie idealny. Jest jeszcze słaby, a poza tym... dopiero co upadł. Nigdy jeszcze nie był głodny i nie jadł. Nalewam wody do szklanki i zanoszę mu ją.
- Wypij.
Spełnia moje polecenie i marszczy brwi.
- To niemiłe uczucie to pragnienie?
- Tak.
- A to drugie to głód?
- Chyba tak. Nie martw się. Będzie dobrze. Pomogę Ci i wszystko się jakoś ułoży.
- Zawsze byłaś taka dobra... Nic się nie zmieniłaś.
Uśmiecham się i przeczesuję mu włosy palcami. Zamyka oczy, najwidoczniej mogę sobie pozwolić na takie gesty. Niechętnie odchodzę i po chwili wracam z miską. Uriel próbuje się podnieść, ale tylko syczy z bólu i opada na poduszki. Pomagam mu nieco się podnieść i podaję mu zupę. Mam ochotę się roześmiać na widok jego nieporadności i szoku wywołanego tym, że jedzenie jest gorące. Biorę więc swoją miskę i zaczynam powoli jeść, a on powtarza moje ruchy. Pod wieloma względami bardziej przypomina dziecko niż dojrzałego mężczyznę. Jeszcze przez długi czas tak właśnie będzie. Nie będzie mu łatwo; mnie też nie. Ale da sobie radę. Wierzę w niego.
Gdy miski są już puste Uriel uśmiecha się.
- To było dobre.
- Dziękuję. - waham się czy go męczyć, ale wiem, że muszę. - Uriel... Wiem że... że to może być dla ciebie... trudne... ale... czy mógłbyś mi powiedzieć... co się stało?
Jego twarz smutneje. Przez chwilę milczy, aż zaczynam podejrzewać że nic już nie powie. Po chwili jednak odwraca do mnie smutne oczy.
- Po twoim odejściu... Długo tego nie rozumiałem. Myślałem że po wojnie wszystko się ułoży. Nie wiem czy to właśnie dlatego nie chciałem odejść z tobą. Przez długi czas miałem nadzieję że wrócisz. A potem... Zaczęły się masowe upadki. Aniołowie zakochani w sobie nawzajem albo w ludziach byli ztrącani na ziemię albo w otchłań, jeśli nie chcieli się poddać. Michał dowodził. To były prawdziwe nagonki. Zrozumiałem że byłem głupi. Głupi, bo nie uciekłem z tobą, i ponieważ wierzyłem, że możesz chcieć wrócić. Ale nie mogłem ruszyć do ciebie. Musiałem się ukryć, żeby przeżyć to wszystko. Dopiero kilkaset lat później wszystko się uspokoiło. Ale nadal nie wolno nam było kochać tak, jak kochałem ciebie. W ukryciu zacząłem cię szukać. Ale ukryłaś się tak dobrze, że nie mogłem znaleźć. Co jakiś czas, gdy rozkładałaś skrzydła, zaczynałem czuć że jesteś blisko. Ale znikałaś tak szybko... Jednak te krótkie momenty dawały mi nadzieję że żyjesz i jesteś cała i zdrowa... Wczoraj byłem niedaleko. Zostałem wreszcie wysłany na ziemię, miałem zastąpić stróża, który upadł. Liczyłem, że rozłożysz skrzydła. Tak bardzo tego pragnąłem. I zrobiłaś to. Wyczułem cię nieopodal. Zrobiłem coś niewybaczalnego. Opuściłem osobę, której miałem strzec i udałem się do ciebie. Nim jednak dotarłem na miejsce... spotkałem Michała. Powiedział że ten człowiek umarł. Bo go opuściłem. Powiedział że nie zasługuję by dalej być aniołem. Ja... Upadłem.
Jego ostatnie słowo było tak pełne żalu że aż chciało mi się płakać.
- Co chwila traciłem przytomność. Gdy ją odzyskiwałem... starałem się dotrzeć do ciebie... Udało mi się. Nashera...
Głos mu się załamał. Nie mogłam już powstrzymać łez, cisnących mi się do oczu. Przytuliłam się do niego i, nie martwiąc się o nic, zaczęłam płakać. On mnie kocha... Kocha mnie tak jak dawniej! Objął mnie i głaskał uspokajająco moje plecy.
- Tak się bałam! - szlocham- Tak się bałam że mnie już nie kochasz! Że mnie nawet nie szukasz... Uriel...
- Ćśś. Nie płacz. Nie powinnaś płakać. Kocham cię. Zawsze kochałem, od samego Zarania.
Gdy wreszcie udaje mi się uspokoić jestem wykończona. Wykończona wszystkimi tymi emocjami i szokiem.
- Nashera?
- Tak?
- Wiem że to nieodpowiednie żeby teraz zawracać Ci głowę tak prozaicznymi żeczami ale... Przypuszczam że nie masz tu żadnych męskich ubrań?
Czerwienię się jak nigdy. No tak! Przecież on nadal jest nagi! Nagle zaczyna mi wybitnie przeszkadzać to, że dzieli nas tylko kołdra i cienka warstwa bandarzy na jego piersi. Starając się ukryć zarzenowanie wychodzę z sypialni i zaglądam do szafy. Czasami lubię chodzić w męskim dresie gdy mam wolny dzień. Gdzieś tu powinny być spodnie których nie noszę z tej prostej przyczyny, że są na mnie o wiele za duże... Są! Wyciągam szare spodnie z dna szafy i wracam do pokoju. Zostawiam spodnie na szafce i czym prędzej opuszczam pomieszczenie. Udaję się do kuchni i zaczynam sprzątać WSZYSTKO co tylko wpadnie mi w ręce. Muszę ochłonąć, a to najlepszy sposób żeby nie myśleć. Gdy w pomieszczeniu nie pozostaje już nic co można by posprzątać jestem już bardziej opanowana. Podchodzę do drzwi sypialni i pukam cicho, po czym uchylam drzwi. Uriel półleży na łóżku, na szczęście już ubrany w spodnie. Są nieco za krótkie, ale nie mam nic innego. Gdy mu to mówię uśmiecha się nieznacznie i wyciąga ręce w zapraszającym geście. Podchodzę do niego.
- Mogę zobaczyć twoje rany? Goisz się szybciej niż ludzie, ale to nie potrwa długo, więc musimy to wykorzystać.
- Dobrze.
Po tych słowach powoli i ostrożnie odwraca się na brzuchu i kładzie płasko na pościeli. Zaczynam odwijać bandaż i w końcu moim oczom ukazują się dwie czerwone pręgi. Zrosły się szybciej niż przypuszczałam...
- Jak się czujesz?
- Już w porządku. Tylko troszeczkę boli.
- Muszę zdjąć szwy.
- W porządku.
Zabieram się więc do pracy. Staram się zrobić to jak najszybciej.
- Jak teraz?
- Lepiej.
- Spróbuj się trochę poruszać. Powiedz, kiedy będzie boleć.
Uriel podnosi się ostrożnie do siadu, po czym wstaje. Stojąc, znacznie nade mną góruje. Moje oczy są na lini jego umięśnionych ramion. Jego tors jest nagi, co sprawia że rumienię się na wspomnienie...
- Czy coś się stało?
- Czemu pytasz?
- Spuszczasz głowę. I się rumienisz. Czy to przeze mnie?
Moje pełne wstydu milczenie zostało chyba potraktowane jako odpowiedź twierdząca. Uriel chwyta mnie za podbródek i delikatnie zmusza, bym spojrzała mu w oczy.
- Przepraszam, jeśli w jakiś sposób cię zawstydziłem... Czy to przez moje wcześniejsze pytanie? Przez to że mimochodem postawiłem cię w niezręcznej sytuacji? Wiem że mogłaś poczuć się skrępowana moją wcześniejszą nagością, ale rozumiesz że...
- Rozumiem. Przepraszam, poprostu... Trochę mnie to krępuje.
- Nie chcę żebyś czuła się przy mnie skrępowana. Chcę żebyś czuła się ze mną swobodnie. Rozumiem że kilka tysięcy lat rozłąki to ogromna różnica. Zrozumiem jeśli twoje uczucie względem mnie osłabło...
- Nie osłabło. Kocham cię tak samo mocno, jak gdyby ta rozłąka nigdy nie miała miejsca. Poprostu... Nie wiem jak to powiedzieć...
- Nie musisz nic mówić. Chcę tylko żebyś mi coś obiecała.
- Co takiego?
- Powiedz mi, jeśli kiedyś coś co zrobię ci się nie spodoba.
- Dobrze. Ale... czemu mnie o to prosisz?
- Bo nie wiem czy wolno mi to zrobić.
Po tych słowach delikatnie się ku mnie pochyla i całuje mnie w usta. Jego pocałunek jest ostrożny, jak gdyby nie był pewien mojej reakcji. Gdy się ode mnie odsuwa spogląda mi w oczy troskliwie i bierze moją twarz w dłonie, lekko ją głaszcząc.
- W porządku?
- Tak.
Przytulam się do niego. To takie cudowne że mnie kocha.
- Chodźmy spać. - Proponuję.
- Dobrze.
Kładziemy się więc razem pod kołdrą, a ja wtulam się w jego ciepłe ciało. Niczego więcej mi nie potrzeba.
.....................................................................
No dobra, dzisiaj troszkę romansidłowato. Ale co poradzić - jestem tylko biedną ofiarą Disneya i literatury młodzieżowej, na to nie ma lekarstwa. Ale obiecuję że niedługo pojawi się akcja. Może w następnym rozdziale, nie wiem. Niczego nie obiecuję. Tylko tyle że wkrótce. No to... do napisania! I moja gorąca prośba - zostawiajcie komentarze, jeśli wam się podoba to "prześlij do znajomych, bo będziesz mieć pecha ". Ale na serio, to poprostu bardzo zależy mi na frekwencji na blogu, to naprawdę motywuje do działania, a początki są trudne...
No to pa!
niedziela, 1 listopada 2015
Skrzydlate upadki rozdział 2
Rozejrzałam się przerażona. Na szczęście nikogo nie dostrzegłam. Co robić... Poderwałam się i czym prędzej pobiegłam do sypialni. Chwyciłam za prześcieradło i wróciłam na korytarz. Owinęłam rany Uriela by zminimalizować krwotok, po czym chwyciłam go i z trudem podniosłam. Rany, jaki on ciężki! Tak nie dam rady... W pracy dźwigam ciężkie pudła, w weekendy chodzę na basen i siłownię, ale spójrzmy prawdzie w oczy: nie podźwignę go. Spróbuję inaczej: zarzucam sobie jego ramiona na barki i jakoś udaje mi się zawlec go do środka. Kładę go na posadzce w łazience - w tym momencie naprawdę żałuję że nie mam wanny. Odkręcam letnią wodę i wyciągam z szafki stos ręczników - jak to dobrze że mam ich tyle! Zanurzam jeden z nich i wykręcam, po czym delikatnie odkrywam plecy Uriela. Rany wyglądają strasznie, ale już prawie nie krwawią. Delikatnie, starając się nie pogorszyć jego stanu, obmywam go z krwi, modląc się, aby teraz nie odzyskał przytomności. Nie widziałam go niemal od Zarania, a teraz oglądam go nago! Jestem czerwona jak trzymany przeze mnie ręcznik. Ciskam go do kosza na pranie i biorę nowy. Pięć ręczników później kończę tę część zadania. Muszę opatrzyć jego rany... Chwała niech będzie mojemu szefowi za zmuszanie nas do zrobienia papierów ratownika medycznego! Po tym jak ciężki upadek jednej z pracownic spowodował złamanie otwarte, stawia Szczególny nacisk na tę sprawę... Idę do szafy i wyciągam z niej "apteczkę", czyli wielki plecak pełen pomocy medycznych... Teoretycznie nie wolno nam zakładać szwów, ale itak je mam... Kto by pomyślał że się przydadzą... Wracam do łazienki i ostrożnie przystępuję do swojego zadania. Gdy wreszcie kończę, jestem zadowolona z wyniku. Ręce mi się trzęsły, więc może nie wygląda to jak robota lekarza, ale grunt żeby działało... Zakładam opatrunek i, starając się jak tylko mogę, zanoszę go do łóżka. Przykrywam go kołdrą i siadam na podłodze, opierając głowę na materacu, kompletnie wykończona. Najchętniej poszłabym teraz spać... Ale nie mogę. Muszę czuwać nad jego zdrowiem, muszę wszystkiego dopilnować. Poza tym, gdyby się obudził podczas mojego snu... Nie mam nawet ochoty wyobrażać sobie co mogłoby się stać. Niechętnie wstaję i, zabierając kolejny mokry ręcznik, wychodzę. Ztarłszy ślady krwi na zewnątrz i w domu wracam do niego. Na jego czole skrzą się krople potu... Ma gorączkę... Podaję mu odpowiednie leki i kładę mu na czole zimny kompres. Zerkam na zegar - 4:39. Na 7:30 muszę zjawić się w pracy... Ale nie mogę go tu zostawić! Chyba będę musiała zadzwonić że dzisiaj nie przyjdę... Szef nie będzie zadowolony... Dziś piątek, dzień, kiedy obrót jest największy. Ale nie mam wyboru. Zmieniam mu opatrunek gdy zauważam ślady krwi. Na szczęście to nic groźnego. O szóstej wstaję i chwytem za telefon. Wybieram numer i dzwonię.
- Halo?
- Dzień dobry szefie. Przepraszam że przeszkadzam, ale nie zdołam dziś stawić się w pracy.
- A niby z jakiego powodu?!
- Mam grypę. Nie mogę przecież zarazić klientów...
- Czy zdajesz sobie sprawę jaki dziś dzień? Wiesz w jak niekomfortowej sytuacji mnie stawiasz?! Właśnie tracę sprzedawcę!
- Wiem, Prosze Pana, ale naprawdę nie dam dziś rady. Mam gorączkę i...
- Nie chcę tego słuchać. Jeszcze mi tu choróbska brakowało! Dostajesz tydzień wolnego, ale tylko dlatego, że masz nadgodziny.
- Dziękuję Panu, jeszcze raz przepraszam za...
- Dowidzenia.
Cóż, wygląda na to, że się udało. Ledwie, ale jednak. Wracam więc do pokoju i sprawdzam co się zmieniło. Wymieniam kompres na nowy i siadam na brzegu łóżka. Tak dawno go nie widziałam... Nic się nie zmienił. Mocno zarysowana szczęka, miękkie, ciemne włosy sięgające niemal do brody, długie rzęsy, skryte pod powiekami błękitne oczy... Prosty nos i delikatne kości policzkowe. Delikatnie przeczesuję jego włosy palcami i głaszczę jego twarz. Tak bardzo za nim tęskniłam... Tak bardzo go kochałam przez te tysiące lat rozłąki. Ciekawe czy on też. Wzdycham. Tak strasznie się boję że o mnie zapomniał. Że mnie nie kocha. Ale nie mogę się powstrzymać. Zrobię wszystko by mu pomóc, nawet jeśli jestem dla niego nikim. Wstaję i idę się ubrać. Zwykłe jeansy i biała bluzka. Obmywam twarz i spoglądam na swoje odbicie. Podkrążone oczy wyglądają strasznie. Nie zwracam na to uwagi i znów siadam przy rannym. Około godziny 11 zaczyna cicho jęczeć i uchyla powieki. Serce podchodzi mi do gardła.
- Jak... Jak się czujesz?
- Nashera? - Wychrypiał słabym głosem.
- Tak, to ja.
W oczach zbierają mi się niechciane łzy, a jedna z nich spływa po policzku.
- Zna... Znalazłem... Cię...
- Ćśś. Odpoczywaj. Zajmę się tobą. Już dobrze.
- Zostań... ze.... mną...
- Spokojnie. Nigdzie się nie wybieram.
- Kiedy... Co się...
- Nie wiem. Znalazłam cię w nocy przed moimi drzwiami. Odpocznij. Powiesz mi potem co się stało, dobrze? A teraz śpij.
- Ty... też powinnaś... spać... Proszę.... zostań ze mną...
- Dobrze.
Obchodzę łóżko i ostrożnie kładę się obok na kołdrze. Niepewna czy mogę to zrobić, kładę głowę na jego piersi, a on delikatnie obejmuje mnie ramieniem, po czym zasypia, wykończony. Jestem taka zmęczona, że i ja wkrótce oddaję się w objęcia Morfeusza, choć jedyną osobą której daję się obejmować jest Uriel.
....................................................................
Na razie tylko tyle. Mam nadzieję że wam się podobało i bardzo proszę o komentarze. Pozytywne motywują, negatywne pokazują co poprawić ;-) do napisania!
- Halo?
- Dzień dobry szefie. Przepraszam że przeszkadzam, ale nie zdołam dziś stawić się w pracy.
- A niby z jakiego powodu?!
- Mam grypę. Nie mogę przecież zarazić klientów...
- Czy zdajesz sobie sprawę jaki dziś dzień? Wiesz w jak niekomfortowej sytuacji mnie stawiasz?! Właśnie tracę sprzedawcę!
- Wiem, Prosze Pana, ale naprawdę nie dam dziś rady. Mam gorączkę i...
- Nie chcę tego słuchać. Jeszcze mi tu choróbska brakowało! Dostajesz tydzień wolnego, ale tylko dlatego, że masz nadgodziny.
- Dziękuję Panu, jeszcze raz przepraszam za...
- Dowidzenia.
Cóż, wygląda na to, że się udało. Ledwie, ale jednak. Wracam więc do pokoju i sprawdzam co się zmieniło. Wymieniam kompres na nowy i siadam na brzegu łóżka. Tak dawno go nie widziałam... Nic się nie zmienił. Mocno zarysowana szczęka, miękkie, ciemne włosy sięgające niemal do brody, długie rzęsy, skryte pod powiekami błękitne oczy... Prosty nos i delikatne kości policzkowe. Delikatnie przeczesuję jego włosy palcami i głaszczę jego twarz. Tak bardzo za nim tęskniłam... Tak bardzo go kochałam przez te tysiące lat rozłąki. Ciekawe czy on też. Wzdycham. Tak strasznie się boję że o mnie zapomniał. Że mnie nie kocha. Ale nie mogę się powstrzymać. Zrobię wszystko by mu pomóc, nawet jeśli jestem dla niego nikim. Wstaję i idę się ubrać. Zwykłe jeansy i biała bluzka. Obmywam twarz i spoglądam na swoje odbicie. Podkrążone oczy wyglądają strasznie. Nie zwracam na to uwagi i znów siadam przy rannym. Około godziny 11 zaczyna cicho jęczeć i uchyla powieki. Serce podchodzi mi do gardła.
- Jak... Jak się czujesz?
- Nashera? - Wychrypiał słabym głosem.
- Tak, to ja.
W oczach zbierają mi się niechciane łzy, a jedna z nich spływa po policzku.
- Zna... Znalazłem... Cię...
- Ćśś. Odpoczywaj. Zajmę się tobą. Już dobrze.
- Zostań... ze.... mną...
- Spokojnie. Nigdzie się nie wybieram.
- Kiedy... Co się...
- Nie wiem. Znalazłam cię w nocy przed moimi drzwiami. Odpocznij. Powiesz mi potem co się stało, dobrze? A teraz śpij.
- Ty... też powinnaś... spać... Proszę.... zostań ze mną...
- Dobrze.
Obchodzę łóżko i ostrożnie kładę się obok na kołdrze. Niepewna czy mogę to zrobić, kładę głowę na jego piersi, a on delikatnie obejmuje mnie ramieniem, po czym zasypia, wykończony. Jestem taka zmęczona, że i ja wkrótce oddaję się w objęcia Morfeusza, choć jedyną osobą której daję się obejmować jest Uriel.
....................................................................
Na razie tylko tyle. Mam nadzieję że wam się podobało i bardzo proszę o komentarze. Pozytywne motywują, negatywne pokazują co poprawić ;-) do napisania!
Skrzydlate upadki rozdział 1
Autorski wiersz
Upadłeś, Upadłeś mój drogi.
Upadłeś, i zawitałeś w me progi.
Wyrwali ci skrzydła, podarli szaty,
Boś chciał się wyrwać zza ich "świętej kraty ''.
A byłeś wielkim niegdyś cherubinem,
Teraz- wystawionyś na trwogę i kpinę.
Ja ostrzegałam: uciekaj od razu.
Nie chciałeś złamać Bożego zakazu.
Uciekłam sama, ukryłam na ziemi,
Okryta tylko skrzydłami memi.
Cierpiałam, płakałam, ale przetrwałam.
Zostałam sama, a nigdy nie chciałam.
Teraz i ciebie tutaj zesłano,
Na ból, na smutek, na niemoc skazano.
To twoja kara za miłość do mnie,
Przestroga: niech każdy inny na zakaz pomnie.
Teraz już zawsze będziemy razem,
Na Ziemi, boskim spleceni rozkazem.
Nauczę cię jak wieźć człowiecze życie.
Jak sobie radzić w odmiennym bycie.
Zaleczę twe rany
Po skrzydłach wyrwanych.
A jeśli deszcz spadnie, ja cię ochronię.
Własnymi skrzydłami przed światem osłonię.
............................................................................
Kolejny nudny dzień w pracy minął jak z bicza strzelił. Ten kto myśli że praca w księgarni jest łatwa zasługuje na porządnego kopa w d... A zresztą... Najważniejsze że to już koniec. Kocham tę pracę, dzięki niej mam dość pieniędzy żeby płacić czynsz za swoją maleńką kawalerkę, no i żeby się jakoś wyżywić i ubrać... Ale niektórzy ludzie doprowadzają mnie do szału. No bo jak można przyjść do księgarni nie znając ani tytułu, ani autora, z opisem fabuły mętnym jak woda w publicznej toalecie, i w dodatku mieć pretensje o to, że nie mogę znaleźć tej książki?! A już najgorsze jest to, że muszę być miła dla każdego... Eh...
Wysiadłam z autobusu dwa przystanki wcześniej. Mam ochotę się przejść. Idę spokojną alejką wśród klonów i brzóz, podziwiając uroki późnej jesieni. Czerwone, żółte i brązowe liście wyglądają pięknie. Świat pachnie zbliżającym się deszczem i wilgotną jeszcze ziemią. Ostatnie promienie zachodu słońca muskają moją bladą twarz. Karmelowe włosy targa wiatr, ale nie przeszkadza mi to. Uśmiecham się i idę dalej.
Dochodzę do domu w chwili gdy zaczyna padać. Szybko wyciągam klucze i otwieram drzwi, po czym zamykam je od środka. Rozglądam się po swoim skromnym mieszkaniu. Pomieszczenie w którym się znajduję jest niewielkie, ale przestronne. W rogu stoi kuchenka gazowa, obok zlew. Dwie wiszące szawki, malutka lodówka. Nie potrzeba mi zbyt wiele. Po prawej stronie jest okno i niewielki fioletowy dywan, niski czarny stolik i kilka poduch. Po lewej stół i cztery krzesła. Nigdy nie korzystałam z więcej niż jednego na raz. Nikt tu nigdy nie przychodzi, chyba że po czynsz. Dalej jest dwoje drzwi i szafa. Jedne drzwi kryją łazienkę, drugie sypialnię. No, może moje Mieszkanko wcale nie jest aż tak małe. Ja tam je lubię. Całe jest urządzone w kolorach bieli, czerni, fioletu i ciepłych, miękkich szarości. Całkiem dobrze mi się układa... Zdjęłam swoje czarne botki i postawiłam przy drzwiach. Odwiesiłam kurtkę do szafy i podeszłam do lodówki. Zdaje się że zostało tu jeszcze coś z wczorajszego obiadu... Nie? No cóż... Wyciągam więc ser, jajka i mleko, z szawki wyciągam mąkę i miskę i przygotowuję ciasto na naleśniki. Gdy jest gotowe kroję trochę sera w kostkę i dorzucam. Uwielbiam takie proste jedzenie...
Po kolacji idę do łazienki. Odkręcam wodę... A może by tak... Wzdycham. To nie jest dobry pomysł. Zerkam w duże lustro wiszące no ścianie. Mogę się w nim przejrzeć cała... Wystające żebra, blada skóra... W sumie to nawet się sobie podobam. Tylko że ten obraz jest tak żałośnie niepełny... W sumie... Czemu by jednak nie? Zamykam oczy i rozkładam skrzydła. Są tak duże że nie mogę ich rozłożyć całkowicie, ale opatulam się nimi. Sam dotyk miękkich piór działa na mnie kojąco. Znów czuję się prawie sobą. Prawie. Potrząsam głową i wchodzę pod prysznic. Ciepła woda nieco oddala ode mnie smutne myśli. Spływa po białych piórach i po włosach... To miłe uczucie. Nieomal mogę zapomnieć...
Leżę w łóżku i nie mogę spać. Mam dziwne wrażenie że dzieje się coś niedobrego. Tyle bym dała żeby znów go zobaczyć... Od setek lat moje serce nie było o niego tak niespokojne. Kulę się pod kołdrą i poddaję się. Zaczynam go wspominać, choć to tak bardzo boli... Zapadam w niespokojną drzemkę, z której budzi mnie niespodziewany łoskot. Zrywam się przerażona. Serce chyba zaraz wyskoczy mi z piersi... Ten hałas dobiegł z pod drzwi do mojego mieszkania... Powoli podchodzę do drzwi, nie pewna czy mam je otworzyć czy nie... Decyduję się jednak to zrobić. To co zastaję po drugiej stronie jest zupełnie niespodziewane. Przede mną leży młody chłopak... Jest nagi a na plecach ma dwie ogromne, długie, poszarpane rany z których płynie krew... Widziałam już takie wiele razy. Znam je zbyt dobrze by mieć jakiekolwiek wątpliwości. Błagam, żeby to nie był on... Powoli klękam przy nieprzytomnym i drżącymi rękoma odwracam jego czarnowłosą głowę tak, by zobaczyć jego twarz... Krzyk zamiera mi w gardle gdy zdaję sobie sprawę na kogo patrzę... Wszędzie poznałabym jego twarz...
- Uriel... - szepczę.
Upadłeś, Upadłeś mój drogi.
Upadłeś, i zawitałeś w me progi.
Wyrwali ci skrzydła, podarli szaty,
Boś chciał się wyrwać zza ich "świętej kraty ''.
A byłeś wielkim niegdyś cherubinem,
Teraz- wystawionyś na trwogę i kpinę.
Ja ostrzegałam: uciekaj od razu.
Nie chciałeś złamać Bożego zakazu.
Uciekłam sama, ukryłam na ziemi,
Okryta tylko skrzydłami memi.
Cierpiałam, płakałam, ale przetrwałam.
Zostałam sama, a nigdy nie chciałam.
Teraz i ciebie tutaj zesłano,
Na ból, na smutek, na niemoc skazano.
To twoja kara za miłość do mnie,
Przestroga: niech każdy inny na zakaz pomnie.
Teraz już zawsze będziemy razem,
Na Ziemi, boskim spleceni rozkazem.
Nauczę cię jak wieźć człowiecze życie.
Jak sobie radzić w odmiennym bycie.
Zaleczę twe rany
Po skrzydłach wyrwanych.
A jeśli deszcz spadnie, ja cię ochronię.
Własnymi skrzydłami przed światem osłonię.
............................................................................
Kolejny nudny dzień w pracy minął jak z bicza strzelił. Ten kto myśli że praca w księgarni jest łatwa zasługuje na porządnego kopa w d... A zresztą... Najważniejsze że to już koniec. Kocham tę pracę, dzięki niej mam dość pieniędzy żeby płacić czynsz za swoją maleńką kawalerkę, no i żeby się jakoś wyżywić i ubrać... Ale niektórzy ludzie doprowadzają mnie do szału. No bo jak można przyjść do księgarni nie znając ani tytułu, ani autora, z opisem fabuły mętnym jak woda w publicznej toalecie, i w dodatku mieć pretensje o to, że nie mogę znaleźć tej książki?! A już najgorsze jest to, że muszę być miła dla każdego... Eh...
Wysiadłam z autobusu dwa przystanki wcześniej. Mam ochotę się przejść. Idę spokojną alejką wśród klonów i brzóz, podziwiając uroki późnej jesieni. Czerwone, żółte i brązowe liście wyglądają pięknie. Świat pachnie zbliżającym się deszczem i wilgotną jeszcze ziemią. Ostatnie promienie zachodu słońca muskają moją bladą twarz. Karmelowe włosy targa wiatr, ale nie przeszkadza mi to. Uśmiecham się i idę dalej.
Dochodzę do domu w chwili gdy zaczyna padać. Szybko wyciągam klucze i otwieram drzwi, po czym zamykam je od środka. Rozglądam się po swoim skromnym mieszkaniu. Pomieszczenie w którym się znajduję jest niewielkie, ale przestronne. W rogu stoi kuchenka gazowa, obok zlew. Dwie wiszące szawki, malutka lodówka. Nie potrzeba mi zbyt wiele. Po prawej stronie jest okno i niewielki fioletowy dywan, niski czarny stolik i kilka poduch. Po lewej stół i cztery krzesła. Nigdy nie korzystałam z więcej niż jednego na raz. Nikt tu nigdy nie przychodzi, chyba że po czynsz. Dalej jest dwoje drzwi i szafa. Jedne drzwi kryją łazienkę, drugie sypialnię. No, może moje Mieszkanko wcale nie jest aż tak małe. Ja tam je lubię. Całe jest urządzone w kolorach bieli, czerni, fioletu i ciepłych, miękkich szarości. Całkiem dobrze mi się układa... Zdjęłam swoje czarne botki i postawiłam przy drzwiach. Odwiesiłam kurtkę do szafy i podeszłam do lodówki. Zdaje się że zostało tu jeszcze coś z wczorajszego obiadu... Nie? No cóż... Wyciągam więc ser, jajka i mleko, z szawki wyciągam mąkę i miskę i przygotowuję ciasto na naleśniki. Gdy jest gotowe kroję trochę sera w kostkę i dorzucam. Uwielbiam takie proste jedzenie...
Po kolacji idę do łazienki. Odkręcam wodę... A może by tak... Wzdycham. To nie jest dobry pomysł. Zerkam w duże lustro wiszące no ścianie. Mogę się w nim przejrzeć cała... Wystające żebra, blada skóra... W sumie to nawet się sobie podobam. Tylko że ten obraz jest tak żałośnie niepełny... W sumie... Czemu by jednak nie? Zamykam oczy i rozkładam skrzydła. Są tak duże że nie mogę ich rozłożyć całkowicie, ale opatulam się nimi. Sam dotyk miękkich piór działa na mnie kojąco. Znów czuję się prawie sobą. Prawie. Potrząsam głową i wchodzę pod prysznic. Ciepła woda nieco oddala ode mnie smutne myśli. Spływa po białych piórach i po włosach... To miłe uczucie. Nieomal mogę zapomnieć...
Leżę w łóżku i nie mogę spać. Mam dziwne wrażenie że dzieje się coś niedobrego. Tyle bym dała żeby znów go zobaczyć... Od setek lat moje serce nie było o niego tak niespokojne. Kulę się pod kołdrą i poddaję się. Zaczynam go wspominać, choć to tak bardzo boli... Zapadam w niespokojną drzemkę, z której budzi mnie niespodziewany łoskot. Zrywam się przerażona. Serce chyba zaraz wyskoczy mi z piersi... Ten hałas dobiegł z pod drzwi do mojego mieszkania... Powoli podchodzę do drzwi, nie pewna czy mam je otworzyć czy nie... Decyduję się jednak to zrobić. To co zastaję po drugiej stronie jest zupełnie niespodziewane. Przede mną leży młody chłopak... Jest nagi a na plecach ma dwie ogromne, długie, poszarpane rany z których płynie krew... Widziałam już takie wiele razy. Znam je zbyt dobrze by mieć jakiekolwiek wątpliwości. Błagam, żeby to nie był on... Powoli klękam przy nieprzytomnym i drżącymi rękoma odwracam jego czarnowłosą głowę tak, by zobaczyć jego twarz... Krzyk zamiera mi w gardle gdy zdaję sobie sprawę na kogo patrzę... Wszędzie poznałabym jego twarz...
- Uriel... - szepczę.
Na dobry początek
Witam. To mój pierwszy blog. Będę tu zamieszczać opowiadania w tematyce aniołów i demonów. Mam nadzieję że go polubicie. Piszę bo to kocham i kocham to co piszę. Piszę, bo czasem aż głowa za mała na to, co wymyśla. Do napisania.
PS. Uprzejmie proszę o poszanowanie dla praw autorskich - tak tylko mówię na zaś ;-)
PS. Uprzejmie proszę o poszanowanie dla praw autorskich - tak tylko mówię na zaś ;-)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)