poniedziałek, 2 listopada 2015

Skrzydlate upadki rozdział 3

   Jest mi tak ciepło i błogo... Od dawna nie czułam się tak dobrze. Wyczuwam jak jego klatka piersiowa unosi się i opada spokojnym, jednostajnym rytmem. Słyszę bicie jego serca, nieco szybsze niż bym się spodziewała. Ostrożnie podnoszę głowę i zerkam na niego. Nie śpi. Patrzy na mnie. Wygląda dużo lepiej niż wcześniej. Nadal jest blady i widocznie słaby, ale nie aż tak.
- Jak się czujesz? - Pytam ostrożnie.
- Już lepiej - mówi cicho, ale o wiele silniej niż poprzednio.
Zerkam na zegar. 18:20. Dość późno.
- Długo już nie śpisz?
- Może z godzinę...
- Dlaczego mnie nie obudziłeś?
- Byłaś zmęczona. Poza tym nie było potrzeby.
- Jesteś głodny? Chce ci się pić?
- Chyba tak...
Odpoczywaj. Zajmę się wszystkim.
Wstaję i udaję się do kuchni. Wyciągam mały garnek i zaczynam przygotowywać rosół - będzie idealny. Jest jeszcze słaby, a poza tym... dopiero co upadł. Nigdy jeszcze nie był głodny i nie jadł. Nalewam wody do szklanki i zanoszę mu ją.
- Wypij.
Spełnia moje polecenie i marszczy brwi.
- To niemiłe uczucie to pragnienie?
- Tak.
- A to drugie to głód?
- Chyba tak. Nie martw się. Będzie dobrze. Pomogę Ci i wszystko się jakoś ułoży.
- Zawsze byłaś taka dobra... Nic się nie zmieniłaś.
Uśmiecham się i przeczesuję mu włosy palcami. Zamyka oczy, najwidoczniej mogę sobie pozwolić na takie gesty. Niechętnie odchodzę i po chwili wracam z miską. Uriel próbuje się podnieść, ale tylko syczy z bólu i opada na poduszki. Pomagam mu nieco się podnieść i podaję mu zupę. Mam ochotę się roześmiać na widok jego nieporadności i szoku wywołanego tym, że jedzenie jest gorące. Biorę więc swoją miskę i zaczynam powoli jeść, a on powtarza moje ruchy. Pod wieloma względami bardziej przypomina dziecko niż dojrzałego mężczyznę. Jeszcze przez długi czas tak właśnie będzie. Nie będzie mu łatwo; mnie też nie. Ale da sobie radę. Wierzę w niego.
   Gdy miski są już puste Uriel uśmiecha się.
- To było dobre.
- Dziękuję. - waham się czy go męczyć, ale wiem, że muszę. - Uriel... Wiem że... że to może być dla ciebie... trudne... ale... czy mógłbyś mi powiedzieć... co się stało?
Jego twarz smutneje. Przez chwilę milczy, aż zaczynam podejrzewać że nic już nie powie. Po chwili jednak odwraca do mnie smutne oczy.
- Po twoim odejściu... Długo tego nie rozumiałem. Myślałem że po wojnie wszystko się ułoży. Nie wiem czy to właśnie dlatego nie chciałem odejść z tobą. Przez długi czas miałem nadzieję że wrócisz. A potem... Zaczęły się masowe upadki. Aniołowie zakochani w sobie nawzajem albo w ludziach byli ztrącani na ziemię albo w otchłań, jeśli nie chcieli się poddać. Michał dowodził. To były prawdziwe nagonki. Zrozumiałem że byłem głupi. Głupi, bo nie uciekłem z tobą, i ponieważ wierzyłem, że możesz chcieć wrócić. Ale nie mogłem ruszyć do ciebie. Musiałem się ukryć, żeby przeżyć to wszystko. Dopiero kilkaset lat później wszystko się uspokoiło. Ale nadal nie wolno nam było kochać tak, jak kochałem ciebie. W ukryciu zacząłem cię szukać. Ale ukryłaś się tak dobrze, że nie mogłem znaleźć. Co jakiś czas, gdy rozkładałaś skrzydła, zaczynałem czuć że jesteś blisko. Ale znikałaś tak szybko... Jednak te krótkie momenty dawały mi nadzieję że żyjesz i jesteś cała i zdrowa... Wczoraj byłem niedaleko. Zostałem wreszcie wysłany na ziemię, miałem zastąpić stróża, który upadł. Liczyłem, że rozłożysz skrzydła. Tak bardzo tego pragnąłem. I zrobiłaś to. Wyczułem cię nieopodal. Zrobiłem coś niewybaczalnego. Opuściłem osobę, której miałem strzec i udałem się do ciebie. Nim jednak dotarłem na miejsce... spotkałem Michała. Powiedział że ten człowiek umarł. Bo go opuściłem. Powiedział że nie zasługuję by dalej być aniołem. Ja... Upadłem.
   Jego ostatnie słowo było tak pełne żalu że aż chciało mi się płakać.
- Co chwila traciłem przytomność. Gdy ją odzyskiwałem... starałem się dotrzeć do ciebie... Udało mi się. Nashera...
Głos mu się załamał. Nie mogłam już powstrzymać łez, cisnących mi się do oczu. Przytuliłam się do niego i, nie martwiąc się o nic, zaczęłam płakać. On mnie kocha... Kocha mnie tak jak dawniej! Objął mnie i głaskał uspokajająco moje plecy.
- Tak się bałam! - szlocham- Tak się bałam że mnie już nie kochasz! Że mnie nawet nie szukasz... Uriel...
- Ćśś. Nie płacz. Nie powinnaś płakać. Kocham cię. Zawsze kochałem, od samego Zarania.
   Gdy wreszcie udaje mi się uspokoić jestem wykończona. Wykończona wszystkimi tymi emocjami i szokiem.
- Nashera?
- Tak?
- Wiem że to nieodpowiednie żeby teraz zawracać Ci głowę tak prozaicznymi żeczami ale... Przypuszczam że nie masz tu żadnych męskich ubrań?
Czerwienię się jak nigdy. No tak! Przecież on nadal jest nagi! Nagle zaczyna mi wybitnie przeszkadzać to, że dzieli nas tylko kołdra i cienka warstwa bandarzy na jego piersi. Starając się ukryć zarzenowanie wychodzę z sypialni i zaglądam do szafy. Czasami lubię chodzić w męskim dresie gdy mam wolny dzień. Gdzieś tu powinny być spodnie których nie noszę z tej prostej przyczyny, że są na mnie o wiele za duże... Są! Wyciągam szare spodnie z dna szafy i wracam do pokoju. Zostawiam spodnie na szafce i czym prędzej opuszczam pomieszczenie. Udaję się do kuchni i zaczynam sprzątać WSZYSTKO co tylko wpadnie mi w ręce. Muszę ochłonąć, a to najlepszy sposób żeby nie myśleć. Gdy w pomieszczeniu nie pozostaje już nic co można by posprzątać jestem już bardziej opanowana. Podchodzę do drzwi sypialni i pukam cicho, po czym uchylam drzwi. Uriel półleży na łóżku, na szczęście już ubrany w spodnie. Są nieco za krótkie, ale nie mam nic innego. Gdy mu to mówię uśmiecha się nieznacznie i wyciąga ręce w zapraszającym geście. Podchodzę do niego.
- Mogę zobaczyć twoje rany? Goisz się szybciej niż ludzie, ale to nie potrwa długo, więc musimy to wykorzystać.
- Dobrze.
Po tych słowach powoli i ostrożnie odwraca się na brzuchu i kładzie płasko na pościeli. Zaczynam odwijać bandaż i w końcu moim oczom ukazują się dwie czerwone pręgi. Zrosły się szybciej niż przypuszczałam...
- Jak się czujesz?
- Już w porządku. Tylko troszeczkę boli.
- Muszę zdjąć szwy.
- W porządku.
Zabieram się więc do pracy. Staram się zrobić to jak najszybciej.
- Jak teraz?
- Lepiej.
- Spróbuj się trochę poruszać. Powiedz, kiedy będzie boleć.
Uriel podnosi się ostrożnie do siadu, po czym wstaje. Stojąc, znacznie nade mną góruje. Moje oczy są na lini jego umięśnionych ramion. Jego tors jest nagi, co sprawia że rumienię się na wspomnienie...
- Czy coś się stało?
- Czemu pytasz?
- Spuszczasz głowę. I się rumienisz. Czy to przeze mnie?
Moje pełne wstydu milczenie zostało chyba potraktowane jako odpowiedź twierdząca. Uriel chwyta mnie za podbródek i delikatnie zmusza, bym spojrzała mu w oczy.
- Przepraszam, jeśli w jakiś sposób cię zawstydziłem... Czy to przez moje wcześniejsze pytanie? Przez to że mimochodem postawiłem cię w niezręcznej sytuacji? Wiem że mogłaś poczuć się skrępowana moją wcześniejszą nagością, ale rozumiesz że...
- Rozumiem. Przepraszam, poprostu... Trochę mnie to krępuje.
- Nie chcę żebyś czuła się przy mnie skrępowana. Chcę żebyś czuła się ze mną swobodnie. Rozumiem że kilka tysięcy lat rozłąki to ogromna różnica. Zrozumiem jeśli twoje uczucie względem mnie osłabło...
- Nie osłabło. Kocham cię tak samo mocno, jak gdyby ta rozłąka nigdy nie miała miejsca. Poprostu... Nie wiem jak to powiedzieć...
- Nie musisz nic mówić. Chcę tylko żebyś mi coś obiecała.
- Co takiego?
- Powiedz mi, jeśli kiedyś coś co zrobię ci się nie spodoba.
- Dobrze. Ale... czemu mnie o to prosisz?
- Bo nie wiem czy wolno mi to zrobić.
Po tych słowach delikatnie się ku mnie pochyla i całuje mnie w usta. Jego pocałunek jest ostrożny, jak gdyby nie był pewien mojej reakcji. Gdy się ode mnie odsuwa spogląda mi w oczy troskliwie i bierze moją twarz w dłonie, lekko ją głaszcząc.
- W porządku?
- Tak.
Przytulam się do niego. To takie cudowne że mnie kocha.
- Chodźmy spać. - Proponuję.
- Dobrze.
Kładziemy się więc razem pod kołdrą, a ja wtulam się w jego ciepłe ciało. Niczego więcej mi nie potrzeba.

.....................................................................

No dobra, dzisiaj troszkę romansidłowato. Ale co poradzić - jestem tylko biedną ofiarą Disneya i literatury młodzieżowej, na to nie ma lekarstwa. Ale obiecuję że niedługo pojawi się akcja. Może w następnym rozdziale, nie wiem. Niczego nie obiecuję. Tylko tyle że wkrótce. No to... do napisania! I moja gorąca prośba - zostawiajcie komentarze, jeśli wam się podoba to "prześlij do znajomych, bo będziesz mieć pecha ". Ale na serio, to poprostu bardzo zależy mi na frekwencji na blogu, to naprawdę motywuje do działania, a początki są trudne...
No to pa!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz