niedziela, 1 listopada 2015

Skrzydlate upadki rozdział 2

   Rozejrzałam się przerażona. Na szczęście nikogo nie dostrzegłam. Co robić... Poderwałam się i czym prędzej pobiegłam do sypialni. Chwyciłam za prześcieradło i wróciłam na korytarz. Owinęłam rany Uriela by zminimalizować krwotok, po czym chwyciłam go i z trudem podniosłam. Rany, jaki on ciężki! Tak nie dam rady... W pracy dźwigam ciężkie pudła, w weekendy chodzę na basen i siłownię, ale spójrzmy prawdzie w oczy: nie podźwignę go. Spróbuję inaczej: zarzucam sobie jego ramiona na barki i jakoś udaje mi się zawlec go do środka. Kładę go na posadzce w łazience - w tym momencie naprawdę żałuję że nie mam wanny. Odkręcam letnią wodę i wyciągam z szafki stos ręczników - jak to dobrze że mam ich tyle! Zanurzam jeden z nich i wykręcam, po czym delikatnie odkrywam plecy Uriela. Rany wyglądają strasznie, ale już prawie nie krwawią. Delikatnie, starając się nie pogorszyć jego stanu, obmywam go z krwi, modląc się, aby teraz nie odzyskał przytomności. Nie widziałam go niemal od Zarania, a teraz oglądam go nago! Jestem czerwona jak trzymany przeze mnie ręcznik. Ciskam go do kosza na pranie i biorę nowy. Pięć ręczników później kończę tę część zadania. Muszę opatrzyć jego rany... Chwała niech będzie mojemu szefowi za zmuszanie nas do zrobienia papierów ratownika medycznego! Po tym jak ciężki upadek jednej z pracownic spowodował złamanie otwarte, stawia Szczególny nacisk na tę sprawę... Idę do szafy i wyciągam z niej "apteczkę", czyli wielki plecak pełen pomocy medycznych... Teoretycznie nie wolno nam zakładać szwów, ale itak je mam... Kto by pomyślał że się przydadzą... Wracam do łazienki i ostrożnie przystępuję do swojego zadania. Gdy wreszcie kończę, jestem zadowolona z wyniku. Ręce mi się trzęsły, więc może nie wygląda to jak robota lekarza, ale grunt żeby działało... Zakładam opatrunek i, starając się jak tylko mogę, zanoszę go do łóżka. Przykrywam go kołdrą i siadam na podłodze, opierając głowę na materacu, kompletnie wykończona. Najchętniej poszłabym teraz spać... Ale nie mogę. Muszę czuwać nad jego zdrowiem, muszę wszystkiego dopilnować. Poza tym, gdyby się obudził podczas mojego snu... Nie mam nawet ochoty wyobrażać sobie co mogłoby się stać. Niechętnie wstaję i, zabierając kolejny mokry ręcznik, wychodzę. Ztarłszy ślady krwi na zewnątrz i w domu wracam do niego. Na jego czole skrzą się krople potu... Ma gorączkę... Podaję mu odpowiednie leki i kładę mu na czole zimny kompres. Zerkam na zegar - 4:39. Na 7:30 muszę zjawić się w pracy... Ale nie mogę go tu zostawić! Chyba będę musiała zadzwonić że dzisiaj nie przyjdę... Szef nie będzie zadowolony... Dziś piątek, dzień, kiedy obrót jest największy. Ale nie mam wyboru. Zmieniam mu opatrunek gdy zauważam ślady krwi. Na szczęście to nic groźnego. O szóstej wstaję i chwytem za telefon. Wybieram numer i dzwonię.
- Halo?
- Dzień dobry szefie. Przepraszam że przeszkadzam, ale nie zdołam dziś stawić się w pracy.
- A niby z jakiego powodu?!
- Mam grypę. Nie mogę przecież zarazić klientów...
- Czy zdajesz sobie sprawę jaki dziś dzień? Wiesz w jak niekomfortowej sytuacji mnie stawiasz?! Właśnie tracę sprzedawcę!
- Wiem, Prosze Pana, ale naprawdę nie dam dziś rady. Mam gorączkę i...
- Nie chcę tego słuchać. Jeszcze mi tu choróbska brakowało! Dostajesz tydzień wolnego, ale tylko dlatego, że masz nadgodziny.
- Dziękuję Panu, jeszcze raz przepraszam za...
- Dowidzenia.
   Cóż, wygląda na to, że się udało. Ledwie, ale jednak. Wracam więc do pokoju i sprawdzam co się zmieniło. Wymieniam kompres na nowy i siadam na brzegu łóżka. Tak dawno go nie widziałam... Nic się nie zmienił. Mocno zarysowana szczęka, miękkie, ciemne włosy sięgające niemal do brody, długie rzęsy, skryte pod powiekami błękitne oczy... Prosty nos i delikatne kości policzkowe. Delikatnie przeczesuję jego włosy palcami i głaszczę jego twarz. Tak bardzo za nim tęskniłam... Tak bardzo go kochałam przez te tysiące lat rozłąki. Ciekawe czy on też. Wzdycham. Tak strasznie się boję że o mnie zapomniał. Że mnie nie kocha. Ale nie mogę się powstrzymać. Zrobię wszystko by mu pomóc, nawet jeśli jestem dla niego nikim. Wstaję i idę się ubrać. Zwykłe jeansy i biała bluzka. Obmywam twarz i spoglądam na swoje odbicie. Podkrążone oczy wyglądają strasznie. Nie zwracam na to uwagi i znów siadam przy rannym. Około godziny 11 zaczyna cicho jęczeć i uchyla powieki. Serce podchodzi mi do gardła.
- Jak... Jak się czujesz?
- Nashera? - Wychrypiał słabym głosem.
- Tak, to ja.
W oczach zbierają mi się niechciane łzy, a jedna z nich spływa po policzku.
- Zna... Znalazłem... Cię...
- Ćśś. Odpoczywaj. Zajmę się tobą. Już dobrze.
- Zostań... ze.... mną...
- Spokojnie. Nigdzie się nie wybieram.
- Kiedy... Co się...
- Nie wiem. Znalazłam cię w nocy przed moimi drzwiami. Odpocznij. Powiesz mi potem co się stało, dobrze? A teraz śpij.
- Ty... też powinnaś... spać... Proszę.... zostań ze mną...
- Dobrze.
Obchodzę łóżko i ostrożnie kładę się obok na kołdrze. Niepewna czy mogę to zrobić, kładę głowę na jego piersi, a on delikatnie obejmuje mnie ramieniem, po czym zasypia, wykończony. Jestem taka zmęczona, że i ja wkrótce oddaję się w objęcia Morfeusza, choć jedyną osobą której daję się obejmować jest Uriel.
....................................................................
Na razie tylko tyle. Mam nadzieję że wam się podobało i bardzo proszę o komentarze. Pozytywne motywują, negatywne pokazują co poprawić ;-) do napisania!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz