Zainteresowanych zapraszam na nowego bloga. Tematyka nieco inna, ale może komuś się spodoba...
http://historielowcow.blogspot.com/?m=1
I to by chwilowo było na tyle.
Światło w mroku, ciemność w jasności
sobota, 23 stycznia 2016
czwartek, 7 stycznia 2016
Skrzydlate upadki rozdział 9
Nashera oddychała spokojnie, powoli wybudzając się ze snu. Rozejrzała się, zaspana. Gabriela już nie było. Uspokojona, ułożyła się z powrotem w miękkiej pościeli. Nie dane jej jednak było zasnąć, ponieważ jej organizm dał znać o swych potrzebach, obwieszczając swoje niezadowolenie głośnym burczeniem. Zerknęła na stojący na szafce nocnej zegar. Była siódma rano. Przespałam prawie całą dobę?! - zdziwiła się. Mimo wszystko była jednak zadowolona, że nikt jej nie budził. Uznając, że dość już leżenia w łóżku, wstała i poszła pod prysznic, zerkając smętnie na czystą już wannę. Chłodna woda pomogła jej zmyć z siebie resztki odrętwienia, pobudzając stężałe mięśnie do pracy. Nie czekając na służącą, usiadła przy toaletce w samym ręczniku, starając się rozczesać wilgotne włosy. Mniej więcej w połowie czynności zobaczyła w lustrze, jak dziewczyna wchodzi do pokoju i zamiera, dostrzegając ją. Szybko jednak otrząsnęła się i zaczęła ścielić łóżko.
- Dzień dobry, panienko. Jak się panienka czuje?
- Dużo lepiej, dziękuję za troskę.
- Długo panienka spała. Wkrótce zostanie podane śniadanie. Głodna?
- Jak wilk.
Uśmiechnęła się nieznacznie. Bardzo starała się być miła, mimo zdenerwowania. Nie wiedziała już, czego może się spodziewać. Miała tylko nadzieję, że Gabriel mówił szczerze i nie zamierza jej skrzywdzić.
Zauważyła, że Milena patrzy na jej posiniaczoną skórę.
- Czy coś się stało? - Zapytała, chcąc delikatnie zwrócić jej uwagę.
- Nie, skąd - zreflektowała się. - Po prostu... Teraz już rozumiem, co Pan miał na myśli...
- To znaczy?
Po twarzy pokojówki przemknął cień, jak gdyby zdała sobie sprawę, że powiedziała zbyt wiele. Strach przed gospodarzem walczył w niej z sympatią do młodej kobiety.
- Co powiedział?
- Pan nakazał mi wybrać dla panienki strój, który odkrywałby więcej ciała. Powiedział, że jeśli będzie panienka miała opory, to mam wyjaśnić, że widząc wyrządzone szkody, ma pewność, że nie zrobi nic, czego by żałował.
Nashera kiwnęła głową, zamyślona. Jeśli faktycznie miał sumienie, to z pewnością widok jej ciała, w takim stanie, będzie dla niego bardzo nieprzyjemny. A mimo to dobrowolnie godził się na to, by dać im obojgu gwarancję. Potrafiła docenić coś takiego. Głównie dlatego nie protestowała, zobaczywszy wybrane dla niej ubranie. Biała bluzka ze zwiewnego materiału odsłaniała ramiona i obojczyki, przy czym była dość krótka, bo sięgała zaledwie do połowy brzucha. Jeansowe, jasne biodrówki sprawiały, że czuła się niekomfortowo. Miała wrażenie, że jest pół naga, co nie zbyt mocno odbiegało od faktycznego stanu rzeczy. Najgorsze sińce były na widoku. Milena patrzyła na nią szeroko otwartymi oczyma, gdy wyszła z łazienki. Sama nie wiedziała, czy dlatego, że wyglądała tak cudownie, czy dlatego, że tak strasznie. Upięła jej włosy wysoko, bardzo swobodnie, odsłaniając szyję, również naznaczoną drobnymi siniakami, ale też, co wprawiało obie w zakłopotanie, śladami zębów. Wprawne oko mogło dostrzec je również w innych miejscach na jej ciele, ale na szyi najbardziej rzucały się w oczy. Nashera była zawstydzona, bo był to jednoznaczny dowód na to, co się stało.
.......................................................................
Wchodząc do jadalni, miała mieszane uczucia. Z jednej strony była przerażona, z drugiej jednak chciała wierzyć w to, co jej mówił. Pomieszczenie wyglądało inaczej niż zapamiętała. Prawdopodobnie dlatego, że tym razem rozświetlały je promienie słońca, wpadające przez wysokie okna. Gabriel stał przy nich, odwrócony do niej plecami. Miał na sobie białą koszulę, która bardzo mocno kontrastowała z jego włosami. Przełknęła zdenerwowanie i postanowiła się odezwać jako pierwsza.
- Dzień dobry... - Mówiła cicho, dzięki czemu drżenie w jej głosie było nieco mniej słyszalne. Nieco.
Odwrócił się ku niej, po czym zamarł na chwilę, nie mogąc oderwać od niej spojrzenia zielonych tęczówek. Zaraz jednak uśmiechnął się i podszedł do niej swobodnym krokiem i, wprawiając ją w zdumienie, ucałował jej rękę.
- Dzień dobry. Długo spałaś. Zjesz ze mną śniadanie?
Kiwnęła tylko głową, onieśmielona. Usiedli do stołu. Tym razem jednak nie tak daleko, ponieważ krzesła ustawiono nie wzdłuż, a w poprzek. Nashera była nieco zaniepokojona tą bliskością, jednak postanowiła to zignorować. Nie narzucał się ze swoim dotykiem, ich nogi nie stykały się pod blatem, dlatego postanowiła obdarować go umiarkowanym zaufaniem. Jedli w ciszy; co jakiś czas przyłapywała go na smętnych zerknięciach na odsłonięte fragmenty jej ciała.
- Chcesz zobaczyć resztę domu?
Pytanie nieco ją zaskoczyło. Nie spodziewała się takiego traktowania. Było to jednak pozytywne zaskoczenie, dlatego przystała na jego propozycję.
.........................................................................
Jadalnia mieściła się na parterze i wychodziło od niej troje drzwi. Jedne prowadziły do znanego jej już krótkiego korytarza i schodów na piętro, do części sypialnej. Drugie, jak wyjaśnił Gabriel, do części przeznaczonej dla służby. Większość parteru miała taki właśnie charakter, z wyjątkiem jadalni, wejścia i sali na przyjęcia. I tam właśnie prowadziły ostatnie, najładniejsze drzwi. Była to duża, niemal pusta komnata z wysokim sklepieniem i żyrandolami. Dwie ściany były wielkimi lustrami, jedna zaś składała się z samych okien i pary drzwi balkonowych, wychodzących na duży, kamienny taras. Kobieta podeszła do nich, oniemiała. Widok był naprawdę przepiękny. Teren był zboczem wzgórza pokrytego jeszcze jasną trawą. Nieopodal zielenił się iglasty las, a w oddali piętrzyły się góry o ośnieżonych szczytach. Błękitne niebo co jakiś czas przemierzała gnana silnym wiatrem chmura. Taras był podwyższony, z masywną, kamienną balustradą i schodami po obu stronach, prowadzącymi do żwirowych ścieżek.
Zachwycona, nie zwróciła uwagi na stojącego za nią mężczyznę, dopóki nie poczuła, że pochylił się nad nią, opierając podbródek o jej ramię i kładąc jej ręce w talii. Spięła się z nerwów, ale, gdy nie posunął się dalej, powoli zaczęła się rozluźniać, aż w końcu oparła się o niego, oddychając spokojnie.
- Jest w porządku? - Zapytał ją cicho. Jego głos przypominał mruczenie...
- Tak, już lepiej.
- Podoba ci się tutaj?
- Widok jest naprawdę... Idealny.
Pocałował jej szyję, co już się jej nie spodobało. Nie chciała go jednak tak brutalnie odtrącać, więc tylko zapytała pospiesznie:
- Pokażesz mi resztę?
Na chwilę całkiem się zatrzymał, z ustami przy jej skórze, ale zrozumiał jej intencje, bo odsunął się nieco i, kładąc jedynie czubki palców na wysokości jej łopatek, obrócił ją, wskazując drugą ręką w stronę dużych drzwi.
- Proszę tędy.
Przeszli do wejścia. Duże schody były na środku pokryte długim, czarnym dywanem, który ciągnął się od drzwi wejściowych, przez całą ich długość, rozgałęziając się wraz z nimi w dwie strony, wiodąc przez dwa, połączone ze sobą, główne korytarze. Dotknęła balustrady z ciemnego drewna, gdy wiódł ją po marmurowych stopniach. Drugie piętro zajęte było głównie przez sypialnie, w większości puste, oraz połączone z nimi łazienki. Było też kilka niespodzianek, między innymi pokój zajęty przez fotele i stół bilardowy oraz miejsce do gier karcianych.
- Po co ci to wszystko?
- Czasami muszę spotykać się z różnymi osobami. Zwykle to ja udaję się do nich z wizytą, ale czasem zapraszam ich tutaj, więc trzeba zadbać o gości. Poza tym, kiedy wyprawiam bal, niektórzy mężczyźni omawiają tu ze mną interesy.
- Wyprawiasz bale?
Spojrzała na niego, zaskoczona. Miał wprawdzie salę balową, ale nie wyglądał na kogoś, kto jej używa...
- Oczywiście. Głównie dla osób z naszego świata: świata legend i baśni. Raz do roku, w połowie stycznia, wyprawiam tutaj huczne przyjęcie. To taki bal maskowy.
Pokiwała głową, zamyślona. Musiał to zauważyć, bo zapytał:
- Nad czym tak się zastanawiasz?
- Myślę, że bardzo mało cię znam... Są tu jeszcze jakieś tak zadziwiające miejsca?
- Hm... - Udał, że się zastanawia. - Znajdą się dwa czy trzy... Chodź.
Złapał ją za rękę, prowadząc do innego pomieszczenia. Gdy tylko otworzył drzwi, stanęła jak wryta. Czego jak czego, ale nie spodziewała się tutaj takiego pokoju.
Ściany i podłogę pokrywały kafle. Z wyjątkiem może metrowego paska przy ścianach, cała podłoga była znacznie obniżona. W kilku miejscach były schodki, prowadzące do kolejnej "półki", pod którą znajdowało się ponad dwumetrowe obniżenie. Boki i dno miały wbudowane dysze.
- To jedno z moich ulubionych miejsc w tym domu. Można powiedzieć, że to mniejszy odpowiednik basenu, choć dla mnie to raczej... bardzo duża wanna.
- Musi być naprawdę świetne...
- A żebyś wiedziała. Można się tutaj wybornie zrelaksować. Możesz tu przychodzić, kiedy zechcesz, tylko uprzedzaj najpierw służbę, żeby wszystko przygotowali. Może... kiedy już się do mnie przekonasz... moglibyśmy spędzić tu trochę czasu razem. - Znów szeptał jej do ucha, uwodzicielskim głosem. Tym razem jednak sam się wycofał. Poszła za nim, lekko oszołomiona tym, jak na niego reagowała. Z całą pewnością się go bała, ale prócz tego czuła również inne rzeczy. Takie, których nie umiała pojąć. Jeśli odrzucić strach, to czuła, gdy jej dotykał, dreszcz ekscytacji, delikatne, ale i przyjemne skurcze mięśni wewnątrz ciała... Sama nie mogła w to uwierzyć, ale... czy mogła, mimo wszystko, pragnąć go? Korzystając z tego, że jej nie widział, uważnie przyjrzała się jego sylwetce. Był szczupły, ale wysportowany. Miał wąskie biodra i niezbyt szerokie barki. Długie nogi i ramiona. Jego długie palce i duże dłonie wyglądały jak stworzone do pianina. Mimo że te wspomnienia nie były dla niej miłe, wysiliła nieco pamięć, przypominając sobie, jak wyglądał nago...
Poczuła mocny skurcz mięśni, gdzieś w środku, w dole brzucha...
Na szczęście, a może i nieszczęście, byli już w całkiem innej części domu. W tej, która kojarzyła jej się najgorzej. W części sypialnej, a dokładniej w jej odnodze, należącej tylko do Gabriela. Zatrzymała się na moment, zdezorientowana. Gdy tylko to zauważył, podszedł do niej i bardzo delikatnie wziął jej twarz w dłonie.
- Obiecałem przecież. Nic ci nie zrobię. Poczekam na twoją zgodę. Chciałem ci tylko pokazać moje ulubione miejsce. Dobrze?
- Dobrze. - Odpowiedziała, ruszając za nim. Po chwili jednak postanowiła dodać - Przepraszam. Po prostu... przestraszyłam się.
- Nie przepraszaj. Rozumiem. Cóż... Ta część to moja część prywatna. Mieści się tutaj nie tylko moja sypialnia oraz miejsce, gdzie właśnie idziemy, ale również kilka innych.
Zatrzymał się, patrząc na nią poważnie.
- Możesz swobodnie poruszać się po całej posiadłości, nawet po tej części. Ale nie wolno ci wchodzić do pokoi, do których cię wcześniej nie zaprowadziłem. To bardzo ważne. Rozumiesz?
Kiwnęła głową, przełykając ślinę. Zaskoczyła ją jego stanowczość.
Zaraz jednak znów ruszyli, aż stanęli przed dużymi, dwuskrzydłowymi drzwiami.
- To właśnie moje ulubione miejsce.
Gdy pchnął drzwi, aż zachłysnęła się powietrzem, tak wielkie wrażenie wywarło na niej to, co zobaczyła. Stała na progu ogromnej biblioteki. Regały sięgały niezwykle wysoko, półki pięły się po ścianach, aż po wysoki sufit. Weszła, obracając się z zachwytu. Wyglądała, jak gdyby chłonęła każdy centymetr tego miejsca. Nawet nie zauważyła, że Gabriel puścił ją przodem, sam również oniemiały z zachwytu, jednak nad nieco innym widokiem. Nie mógł się napatrzeć na jej przepełnioną wręcz nabożną czcią minę.
- To niesamowite! Nigdy nie widziałam tyłu książek w jednym miejscu!
- Widzę, że ci się tu podoba... - Odezwał się, prowadząc ją między regałami do przeciwległego krańca ogromnego pomieszczenia, gdzie, przy wielkich, tworzących półkole oknach i przy wygasłym teraz kominku, ustawione na dywanie stały obok siebie dwa fotele, stolik i niewielka sofa.
Jej twarz była cała rozpromieniona, gdy, nie mogąc się powstrzymać, odwróciła się do niego i zarzuciła mu ręce na szyję.
- Proszę, zostańmy tu trochę, proszę!
Uśmiechnął się, głaszcząc jej policzek.
- Jeśli sprawi ci to radość, to możemy zostać, ile chcesz. Wybierz książkę, poczytam ci.
Jej twarz rozjaśnił szeroki uśmiech, gdy odsunęła się i niemal natychmiast znalazła się między regałami, szukając książki. Stał tak jeszcze przez chwilę, niezwykle zadowolony z obrotu sytuacji. Nigdy nie widział jej tak radosnej... Po chwili podszedł do niej, starając się nie roześmiać, gdy zobaczył, jak wyciąga się, bezskutecznie próbując dosięgnąć opasłego tomu. Położył jej dłonie na ramionach, po czym, z zadowolonym uśmieszkiem, bez najmniejszego problemu zdjął powieść z półki i wręczył jej.
- Dziękuję. - Powiedziała z uśmiechem. - Ja nie sięgałam nawet na tyle, by jej dotknąć... Ile ty masz w ogóle wzrostu?
- 193.
- Uh? To nic dziwnego... Dzieli nas prawie 30 cm!
Zaśmiał się, widząc jej oburzoną minę. Gdy jednak nie podzieliła jego wesołości, szybko się zreflektował.
- Jesteś, faktycznie, niższa niż ja. Ale przy tym jesteś bardzo drobna i delikatna. Bardzo kobieca. Zapewne też przez to jesteś tak krucha... - Zasępił się. Dziewczynie zrobiło się go żal, dlatego postanowiła odwrócić jego uwagę.
- Czy ta książka może być?
Już po chwili siedzieli wygodnie w fotelach. Jego głęboki, delikatny głos przewijał się przez karty historii i przez czas. Po niecałej godzinie Nashera odważyła się i wstała, po czym usiadła na ziemi przy jego fotelu, kładąc mu głowę na kolanach. Był widocznie zaskoczony tak odważnym zachowaniem z jej strony, ale łatwo było poznać, że się ucieszył.
Nim się spostrzegli, zapadł zmrok. Jeden ze służących wszedł, by zapalić ogień w kominku.
- Przepraszam, że przeszkodziłem, Panie. - Rzekł, wychodząc.
Po chwili dało się słyszeć delikatny głos kobiety oraz jej zamyślony ton, gdy podnosiła głowę, chcąc spojrzeć mu w oczy.
- Czy wszyscy tutaj tytułują cię Panem?
Zastanawiał się chwilę, niepewny, o co może jej chodzić.
- Tak, wszyscy.
- Ty tego wymagasz, czy mówią tak sami z siebie?
- Hm... Chyba jedno i drugie. Dlaczego pytasz?
Odwróciła wzrok.
- Coś się stało? - Spróbował jeszcze raz.
- Nie, tylko... Dlaczego nie wymagasz tego ode mnie?
Bardzo go tym zaskoczyła.
- Moi pracownicy okazują mi w ten sposób szacunek. Zachowują dystans między sobą a mną - pracodawcą. Chciałabyś musieć zwracać się do mnie "Panie"? - Zapytał ironicznie.
- Nie, ale wiele by to ułatwiło.
- Co masz na myśli?
- Ja po prostu... Ja...
- Tak?
- Ja się w tym wszystkim gubię! Nic już nie rozumiem.
- O czym ty mówisz?
- Najpierw traktujesz mnie tak... okropnie, potem wymagasz od swojej służby, żeby byli służbą i dla mnie, a nawet okazywali mi szacunek, jak gdybym była nie wiadomo kim... potem traktujesz mnie jak niewolnicę, a teraz jak... Nawet nie wiem jak to nazwać... Jak damę? Gubię się w tym wszystkim. Nie mogę znaleźć sobie miejsca w tej rzeczywistości, bo nie wiem już, kim mam tutaj być! Nie rozumiem tego...
Milczał chwilę, zastanawiając się nad odpowiedzią. Pokazała mu całe sedno problemu...
- Nigdy nie podchodziłem do ciebie jako do niewolnicy. Nigdy nawet tak o tobie nie pomyślałem i chcę, żebyś zawsze o tym pamiętała. Ale rozumiem, że potrzebujesz, żebym jasno określił, czego od ciebie oczekuję.
Zawahał się na moment, po czym wyciągnął do niej rękę, mówiąc:
- Nic nie zrobię. Chcę tylko coś sprawdzić.
Pokiwała głową i pozwoliła mu się do siebie przyciągnąć. Zestresowała się, gdy delikatnie pokierował nią, by usiadła okrakiem na jego udach, ale nie odmówiła, postanawiając mu zaufać. Jego usta delikatnie muskały jej szyję, czubki palców zaś plecy, ramiona i brzuch. Nie bojąc się, pozwalała mu na to, czując przyjemność. Po chwili sama już odchylała głowę, wystawiając się na pieszczoty, delikatnie wyginając plecy w łuk. Jej oddech przyspieszył, a biodra, mimowolnie, same lekko się poruszały, gdy jego palce sunęły po jej ciele, tak blisko krawędzi spodni...
Ruchy Gabriela zwolniły, by po chwili całkowicie się zatrzymać. Siedzieli chwilkę, on z twarzą przy jej szyi i rękoma w talii, ona - zanurzając palce w jego włosach. Była lekko oszołomiona, sama nie wiedziała, czy jego pieszczotami, czy swoją reakcją. Do tego właśnie chciał ją sprowokować... Żeby przestała się bać i reagowała naturalnie.
- Chciałaś tego, prawda? Podobało ci się... - Mówił, z delikatnym uśmiechem.- Proszę, powiedz to...
- Tak, podobało mi się - Wyszeptała.
- Czyli jednak. Pomimo wszystko, ty też zaczęłaś mnie pragnąć.
Patrzył jej w oczy, oczekując odpowiedzi, niczym dziecko wymarzonej nagrody.
- Tak... - Szepnęła, cała zarumieniona ze wstydu. Nie była w stanie patrzeć mu w oczy, gdy to mówiła.
Zaczął całować jej twarz, jak gdyby z wdzięczności.
- W takim bądź razie... Czy wielkim nietaktem byłoby, gdybyś została... moją kochanką?
Zamarła. Kochanką? Jeszcze niedawno oczekiwała niewolnictwa, a teraz...
- Czy coś się stało? - Zapytał, zmartwiony, nie uzyskawszy odpowiedzi. Patrzył w jej zamyślone oczy, szukając w nich urazy, gniewu, ale niczego takiego nie zastał...
-... Nie. Po prostu mnie nieco zaskoczyłeś.
- Czy to znaczy "tak"?
-... Tak.
Był widocznie szczęśliwy. Nashera zamknęła oczy, wypróbowując w myślach, jak to brzmi. Jestem jego kochanką.
Znając swoje miejsce w tej hierarchii, bardzo szybko przestała się bać. Całowali się czule. Serce Nashery zostało uwolnione. Zrozumiała, że tak naprawdę nigdy nie kochała Uriela. Była to nieco inna więź, właściwa tylko aniołom. Polegała nie na namiętności i gorącu uczuć, ale na więzi nie romantycznej, jaka tworzyła się między rodzeństwem. Nigdy tak naprawdę nie myślała o nim w takich kategoriach. Za to Gabriel...
- Jestem twoją kochanką... - Powiedziała z uśmiechem, muskając ustami jego szczękę.
- Tak. Jesteś moją kochanką. - Odparł, przygryzając płatek jej ucha, wywołując u niej dreszcz ekscytacji.
..........................................................................
Mroki nocy spowiły już całą posiadłość. Jego kroki były ledwo słyszalne, gdy niósł ją do swojej sypialni. Przylgnęła do jego piersi, oplatając go w pasie nogami. Trzymał ją mocno, blisko siebie, bojąc się, że mu się wyśliźnie i, upadając, zrobi sobie krzywdę. Cały czas się całowali, coraz bardziej namiętnie, natarczywie, używając języków i zębów. Anielica aż drżała z podniecenia, które i u niego wyraźnie dało o sobie znać. Już po chwili delikatnie położył ją na miękkim łóżku, obsypując gradem pocałunków rozbierane ciało. Tym razem robił wszystko o wiele wolniej, myśląc bardziej o niej, niż o sobie. Jej dłonie rozpinały guziki jego koszuli, pragnąc więcej. Jednak coś wciąż nie dawało jej spokoju...
- Gabriel... - wysapała, zwracając na siebie jego uwagę.- Ja... Tym... Tym razem nie będzie tak... tak jak poprzednio, prawda?
W jej głosie słuchać było niepewność. Pocałował ją czule, chcąc odsunąć od niej wszelkie frasunki.
- Nie. Obiecuję, że nic cię nie zaboli. Będę uważał, wszytko będzie powoli. Wiem, że jesteś niedoświadczona i delikatna. Nie bój się, kochana.
- Ah, powiedz tak jeszcze raz! Proszę... - Jęknęła.
- Kochana. Moja kochana.
Jego pocałunki schodziły coraz niżej. Wplotła mu ręce we włosy, gdy dotarły do krawędzi koronkowych majtek. Dyszała ciężko, cała rozpalona. Gdy wsunął w nią palec, wydała z siebie zaskoczony okrzyk, który niemal natychmiast uciszyły jego wargi. Odsunął się nieco i dostrzegł w jej oczach nieme pytanie.
- Spokojnie - szeptał jej do ucha, cały czas lekko poruszając palcem. Słyszał jej pojękiwanie i widział zamglone rozkoszą spojrzenie.- Jeśli cię trochę nie rozciągnę, to nie będzie ci zbyt przyjemnie. Ból odczuwa tylko kobieta, ponieważ to w jej organizm to ingeruje; dzieje się w niej.
Dołożył kolejny palec, na co odpowiedziało mu mocne wygięcie jej ciała i głośny wdech przez otwarte szeroko usta. Przebierała nerwowo nogami, nie mogąc się opanować. Po chwili jej wnętrze było rozciągane już przez trzy palce. Oddychała ciężko, zasypywana lawiną bodźców. Mięśnie wewnątrz niej mocno i szybko kurczyły się i rozkurczały na przemian.
- Gabriel... Ja... Ja już... nie mogę... Ah!... Proszę... Zrób to...
Dyszała mu do ucha, drżąc. Nie odrywając ust od jej szyi, ostrożnie, niezwykle powoli, spełnił jej prośbę. Krzyknęła, ale nie z bólu. Wiła się w spazmach przyjemności, gdy niespiesznie poruszali się w równym tempie. Oplotła nogi wokół jego bioder, chcąc go jeszcze bliżej. Bez pośpiechu doprowadzali się do ekstazy, poznając i badając swoje ciała. Gabriel był dla niej naprawdę szczodrym i gorliwym kochankiem, który nie szczędził jej rozkoszy i miał jej dobro na względzie. Wreszcie, gdy myślała, że umrze z nadmiaru przyjemności, nadeszło dla niej wybawienie, a, po chwili, również dla niego.
........................................................................
Leżeli obok siebie. Ich nogi były splecione. Ona miała głowę położoną na wyciągniętym ramieniu, on swoją podpierał zgiętą w łokciu ręką. Patrzyli na siebie, szczęśliwi i zmęczeni. Nie mógł oderwać oczu od swojej pięknej kochanki. Była taka spokojna... Jej smukłe, delikatne ciało zostało uleczone już kilka godzin temu, w bibliotece. Teraz nosiło na sobie tylko subtelne pozostałości jego pełnych pasji pocałunków, w postaci malinek. Uda plamiły ślady jego spełnienia. Nie martwił się, że może zajść w ciążę. Nawet bez skrzydeł i swojej mocy, pozostawała anielicą, więc było to niemożliwe. Karmelowe włosy rozsypały się wokół jej głowy niczym aureola. Wyciągnął rękę i odsunął opadające na jej twarz kosmyki. Pogłaskał jej policzek kciukiem, po czym przesunął ręką wzdłuż jej boku, zatrzymując się na biodrach i zjeżdżając ku pośladkom. Uśmiechnęła się na tę pieszczotę, przysuwając się bliżej niego i wtulając w jego pierś. Ucałował jej skroń i sięgnął po leżącą w nogach łóżka delikatną, jedwabną pościel. Wtuleni w siebie, zmęczeni stosunkiem i szczęśliwi swoją bliskością, zasnęli.
.........................................................................
Dzisiaj bez gadania ( możecie udawać że wam nie ulżyło?), pozdrawiam was serdecznie. Następny rozdział już jest w obróbce, ale pojawi się (szantażyk?) dopiero za jakiś czas, czyli po trzech komentarzach. Mała prośba: jeśli wam się podoba, to polecajcie znajomym, którym może się spodobać... Pozdrowienia z dna Kanionu Depresji.
Mam nadzieję, że się podobało...
- Dzień dobry, panienko. Jak się panienka czuje?
- Dużo lepiej, dziękuję za troskę.
- Długo panienka spała. Wkrótce zostanie podane śniadanie. Głodna?
- Jak wilk.
Uśmiechnęła się nieznacznie. Bardzo starała się być miła, mimo zdenerwowania. Nie wiedziała już, czego może się spodziewać. Miała tylko nadzieję, że Gabriel mówił szczerze i nie zamierza jej skrzywdzić.
Zauważyła, że Milena patrzy na jej posiniaczoną skórę.
- Czy coś się stało? - Zapytała, chcąc delikatnie zwrócić jej uwagę.
- Nie, skąd - zreflektowała się. - Po prostu... Teraz już rozumiem, co Pan miał na myśli...
- To znaczy?
Po twarzy pokojówki przemknął cień, jak gdyby zdała sobie sprawę, że powiedziała zbyt wiele. Strach przed gospodarzem walczył w niej z sympatią do młodej kobiety.
- Co powiedział?
- Pan nakazał mi wybrać dla panienki strój, który odkrywałby więcej ciała. Powiedział, że jeśli będzie panienka miała opory, to mam wyjaśnić, że widząc wyrządzone szkody, ma pewność, że nie zrobi nic, czego by żałował.
Nashera kiwnęła głową, zamyślona. Jeśli faktycznie miał sumienie, to z pewnością widok jej ciała, w takim stanie, będzie dla niego bardzo nieprzyjemny. A mimo to dobrowolnie godził się na to, by dać im obojgu gwarancję. Potrafiła docenić coś takiego. Głównie dlatego nie protestowała, zobaczywszy wybrane dla niej ubranie. Biała bluzka ze zwiewnego materiału odsłaniała ramiona i obojczyki, przy czym była dość krótka, bo sięgała zaledwie do połowy brzucha. Jeansowe, jasne biodrówki sprawiały, że czuła się niekomfortowo. Miała wrażenie, że jest pół naga, co nie zbyt mocno odbiegało od faktycznego stanu rzeczy. Najgorsze sińce były na widoku. Milena patrzyła na nią szeroko otwartymi oczyma, gdy wyszła z łazienki. Sama nie wiedziała, czy dlatego, że wyglądała tak cudownie, czy dlatego, że tak strasznie. Upięła jej włosy wysoko, bardzo swobodnie, odsłaniając szyję, również naznaczoną drobnymi siniakami, ale też, co wprawiało obie w zakłopotanie, śladami zębów. Wprawne oko mogło dostrzec je również w innych miejscach na jej ciele, ale na szyi najbardziej rzucały się w oczy. Nashera była zawstydzona, bo był to jednoznaczny dowód na to, co się stało.
.......................................................................
Wchodząc do jadalni, miała mieszane uczucia. Z jednej strony była przerażona, z drugiej jednak chciała wierzyć w to, co jej mówił. Pomieszczenie wyglądało inaczej niż zapamiętała. Prawdopodobnie dlatego, że tym razem rozświetlały je promienie słońca, wpadające przez wysokie okna. Gabriel stał przy nich, odwrócony do niej plecami. Miał na sobie białą koszulę, która bardzo mocno kontrastowała z jego włosami. Przełknęła zdenerwowanie i postanowiła się odezwać jako pierwsza.
- Dzień dobry... - Mówiła cicho, dzięki czemu drżenie w jej głosie było nieco mniej słyszalne. Nieco.
Odwrócił się ku niej, po czym zamarł na chwilę, nie mogąc oderwać od niej spojrzenia zielonych tęczówek. Zaraz jednak uśmiechnął się i podszedł do niej swobodnym krokiem i, wprawiając ją w zdumienie, ucałował jej rękę.
- Dzień dobry. Długo spałaś. Zjesz ze mną śniadanie?
Kiwnęła tylko głową, onieśmielona. Usiedli do stołu. Tym razem jednak nie tak daleko, ponieważ krzesła ustawiono nie wzdłuż, a w poprzek. Nashera była nieco zaniepokojona tą bliskością, jednak postanowiła to zignorować. Nie narzucał się ze swoim dotykiem, ich nogi nie stykały się pod blatem, dlatego postanowiła obdarować go umiarkowanym zaufaniem. Jedli w ciszy; co jakiś czas przyłapywała go na smętnych zerknięciach na odsłonięte fragmenty jej ciała.
- Chcesz zobaczyć resztę domu?
Pytanie nieco ją zaskoczyło. Nie spodziewała się takiego traktowania. Było to jednak pozytywne zaskoczenie, dlatego przystała na jego propozycję.
.........................................................................
Jadalnia mieściła się na parterze i wychodziło od niej troje drzwi. Jedne prowadziły do znanego jej już krótkiego korytarza i schodów na piętro, do części sypialnej. Drugie, jak wyjaśnił Gabriel, do części przeznaczonej dla służby. Większość parteru miała taki właśnie charakter, z wyjątkiem jadalni, wejścia i sali na przyjęcia. I tam właśnie prowadziły ostatnie, najładniejsze drzwi. Była to duża, niemal pusta komnata z wysokim sklepieniem i żyrandolami. Dwie ściany były wielkimi lustrami, jedna zaś składała się z samych okien i pary drzwi balkonowych, wychodzących na duży, kamienny taras. Kobieta podeszła do nich, oniemiała. Widok był naprawdę przepiękny. Teren był zboczem wzgórza pokrytego jeszcze jasną trawą. Nieopodal zielenił się iglasty las, a w oddali piętrzyły się góry o ośnieżonych szczytach. Błękitne niebo co jakiś czas przemierzała gnana silnym wiatrem chmura. Taras był podwyższony, z masywną, kamienną balustradą i schodami po obu stronach, prowadzącymi do żwirowych ścieżek.
Zachwycona, nie zwróciła uwagi na stojącego za nią mężczyznę, dopóki nie poczuła, że pochylił się nad nią, opierając podbródek o jej ramię i kładąc jej ręce w talii. Spięła się z nerwów, ale, gdy nie posunął się dalej, powoli zaczęła się rozluźniać, aż w końcu oparła się o niego, oddychając spokojnie.
- Jest w porządku? - Zapytał ją cicho. Jego głos przypominał mruczenie...
- Tak, już lepiej.
- Podoba ci się tutaj?
- Widok jest naprawdę... Idealny.
Pocałował jej szyję, co już się jej nie spodobało. Nie chciała go jednak tak brutalnie odtrącać, więc tylko zapytała pospiesznie:
- Pokażesz mi resztę?
Na chwilę całkiem się zatrzymał, z ustami przy jej skórze, ale zrozumiał jej intencje, bo odsunął się nieco i, kładąc jedynie czubki palców na wysokości jej łopatek, obrócił ją, wskazując drugą ręką w stronę dużych drzwi.
- Proszę tędy.
Przeszli do wejścia. Duże schody były na środku pokryte długim, czarnym dywanem, który ciągnął się od drzwi wejściowych, przez całą ich długość, rozgałęziając się wraz z nimi w dwie strony, wiodąc przez dwa, połączone ze sobą, główne korytarze. Dotknęła balustrady z ciemnego drewna, gdy wiódł ją po marmurowych stopniach. Drugie piętro zajęte było głównie przez sypialnie, w większości puste, oraz połączone z nimi łazienki. Było też kilka niespodzianek, między innymi pokój zajęty przez fotele i stół bilardowy oraz miejsce do gier karcianych.
- Po co ci to wszystko?
- Czasami muszę spotykać się z różnymi osobami. Zwykle to ja udaję się do nich z wizytą, ale czasem zapraszam ich tutaj, więc trzeba zadbać o gości. Poza tym, kiedy wyprawiam bal, niektórzy mężczyźni omawiają tu ze mną interesy.
- Wyprawiasz bale?
Spojrzała na niego, zaskoczona. Miał wprawdzie salę balową, ale nie wyglądał na kogoś, kto jej używa...
- Oczywiście. Głównie dla osób z naszego świata: świata legend i baśni. Raz do roku, w połowie stycznia, wyprawiam tutaj huczne przyjęcie. To taki bal maskowy.
Pokiwała głową, zamyślona. Musiał to zauważyć, bo zapytał:
- Nad czym tak się zastanawiasz?
- Myślę, że bardzo mało cię znam... Są tu jeszcze jakieś tak zadziwiające miejsca?
- Hm... - Udał, że się zastanawia. - Znajdą się dwa czy trzy... Chodź.
Złapał ją za rękę, prowadząc do innego pomieszczenia. Gdy tylko otworzył drzwi, stanęła jak wryta. Czego jak czego, ale nie spodziewała się tutaj takiego pokoju.
Ściany i podłogę pokrywały kafle. Z wyjątkiem może metrowego paska przy ścianach, cała podłoga była znacznie obniżona. W kilku miejscach były schodki, prowadzące do kolejnej "półki", pod którą znajdowało się ponad dwumetrowe obniżenie. Boki i dno miały wbudowane dysze.
- To jedno z moich ulubionych miejsc w tym domu. Można powiedzieć, że to mniejszy odpowiednik basenu, choć dla mnie to raczej... bardzo duża wanna.
- Musi być naprawdę świetne...
- A żebyś wiedziała. Można się tutaj wybornie zrelaksować. Możesz tu przychodzić, kiedy zechcesz, tylko uprzedzaj najpierw służbę, żeby wszystko przygotowali. Może... kiedy już się do mnie przekonasz... moglibyśmy spędzić tu trochę czasu razem. - Znów szeptał jej do ucha, uwodzicielskim głosem. Tym razem jednak sam się wycofał. Poszła za nim, lekko oszołomiona tym, jak na niego reagowała. Z całą pewnością się go bała, ale prócz tego czuła również inne rzeczy. Takie, których nie umiała pojąć. Jeśli odrzucić strach, to czuła, gdy jej dotykał, dreszcz ekscytacji, delikatne, ale i przyjemne skurcze mięśni wewnątrz ciała... Sama nie mogła w to uwierzyć, ale... czy mogła, mimo wszystko, pragnąć go? Korzystając z tego, że jej nie widział, uważnie przyjrzała się jego sylwetce. Był szczupły, ale wysportowany. Miał wąskie biodra i niezbyt szerokie barki. Długie nogi i ramiona. Jego długie palce i duże dłonie wyglądały jak stworzone do pianina. Mimo że te wspomnienia nie były dla niej miłe, wysiliła nieco pamięć, przypominając sobie, jak wyglądał nago...
Poczuła mocny skurcz mięśni, gdzieś w środku, w dole brzucha...
Na szczęście, a może i nieszczęście, byli już w całkiem innej części domu. W tej, która kojarzyła jej się najgorzej. W części sypialnej, a dokładniej w jej odnodze, należącej tylko do Gabriela. Zatrzymała się na moment, zdezorientowana. Gdy tylko to zauważył, podszedł do niej i bardzo delikatnie wziął jej twarz w dłonie.
- Obiecałem przecież. Nic ci nie zrobię. Poczekam na twoją zgodę. Chciałem ci tylko pokazać moje ulubione miejsce. Dobrze?
- Dobrze. - Odpowiedziała, ruszając za nim. Po chwili jednak postanowiła dodać - Przepraszam. Po prostu... przestraszyłam się.
- Nie przepraszaj. Rozumiem. Cóż... Ta część to moja część prywatna. Mieści się tutaj nie tylko moja sypialnia oraz miejsce, gdzie właśnie idziemy, ale również kilka innych.
Zatrzymał się, patrząc na nią poważnie.
- Możesz swobodnie poruszać się po całej posiadłości, nawet po tej części. Ale nie wolno ci wchodzić do pokoi, do których cię wcześniej nie zaprowadziłem. To bardzo ważne. Rozumiesz?
Kiwnęła głową, przełykając ślinę. Zaskoczyła ją jego stanowczość.
Zaraz jednak znów ruszyli, aż stanęli przed dużymi, dwuskrzydłowymi drzwiami.
- To właśnie moje ulubione miejsce.
Gdy pchnął drzwi, aż zachłysnęła się powietrzem, tak wielkie wrażenie wywarło na niej to, co zobaczyła. Stała na progu ogromnej biblioteki. Regały sięgały niezwykle wysoko, półki pięły się po ścianach, aż po wysoki sufit. Weszła, obracając się z zachwytu. Wyglądała, jak gdyby chłonęła każdy centymetr tego miejsca. Nawet nie zauważyła, że Gabriel puścił ją przodem, sam również oniemiały z zachwytu, jednak nad nieco innym widokiem. Nie mógł się napatrzeć na jej przepełnioną wręcz nabożną czcią minę.
- To niesamowite! Nigdy nie widziałam tyłu książek w jednym miejscu!
- Widzę, że ci się tu podoba... - Odezwał się, prowadząc ją między regałami do przeciwległego krańca ogromnego pomieszczenia, gdzie, przy wielkich, tworzących półkole oknach i przy wygasłym teraz kominku, ustawione na dywanie stały obok siebie dwa fotele, stolik i niewielka sofa.
Jej twarz była cała rozpromieniona, gdy, nie mogąc się powstrzymać, odwróciła się do niego i zarzuciła mu ręce na szyję.
- Proszę, zostańmy tu trochę, proszę!
Uśmiechnął się, głaszcząc jej policzek.
- Jeśli sprawi ci to radość, to możemy zostać, ile chcesz. Wybierz książkę, poczytam ci.
Jej twarz rozjaśnił szeroki uśmiech, gdy odsunęła się i niemal natychmiast znalazła się między regałami, szukając książki. Stał tak jeszcze przez chwilę, niezwykle zadowolony z obrotu sytuacji. Nigdy nie widział jej tak radosnej... Po chwili podszedł do niej, starając się nie roześmiać, gdy zobaczył, jak wyciąga się, bezskutecznie próbując dosięgnąć opasłego tomu. Położył jej dłonie na ramionach, po czym, z zadowolonym uśmieszkiem, bez najmniejszego problemu zdjął powieść z półki i wręczył jej.
- Dziękuję. - Powiedziała z uśmiechem. - Ja nie sięgałam nawet na tyle, by jej dotknąć... Ile ty masz w ogóle wzrostu?
- 193.
- Uh? To nic dziwnego... Dzieli nas prawie 30 cm!
Zaśmiał się, widząc jej oburzoną minę. Gdy jednak nie podzieliła jego wesołości, szybko się zreflektował.
- Jesteś, faktycznie, niższa niż ja. Ale przy tym jesteś bardzo drobna i delikatna. Bardzo kobieca. Zapewne też przez to jesteś tak krucha... - Zasępił się. Dziewczynie zrobiło się go żal, dlatego postanowiła odwrócić jego uwagę.
- Czy ta książka może być?
Już po chwili siedzieli wygodnie w fotelach. Jego głęboki, delikatny głos przewijał się przez karty historii i przez czas. Po niecałej godzinie Nashera odważyła się i wstała, po czym usiadła na ziemi przy jego fotelu, kładąc mu głowę na kolanach. Był widocznie zaskoczony tak odważnym zachowaniem z jej strony, ale łatwo było poznać, że się ucieszył.
Nim się spostrzegli, zapadł zmrok. Jeden ze służących wszedł, by zapalić ogień w kominku.
- Przepraszam, że przeszkodziłem, Panie. - Rzekł, wychodząc.
Po chwili dało się słyszeć delikatny głos kobiety oraz jej zamyślony ton, gdy podnosiła głowę, chcąc spojrzeć mu w oczy.
- Czy wszyscy tutaj tytułują cię Panem?
Zastanawiał się chwilę, niepewny, o co może jej chodzić.
- Tak, wszyscy.
- Ty tego wymagasz, czy mówią tak sami z siebie?
- Hm... Chyba jedno i drugie. Dlaczego pytasz?
Odwróciła wzrok.
- Coś się stało? - Spróbował jeszcze raz.
- Nie, tylko... Dlaczego nie wymagasz tego ode mnie?
Bardzo go tym zaskoczyła.
- Moi pracownicy okazują mi w ten sposób szacunek. Zachowują dystans między sobą a mną - pracodawcą. Chciałabyś musieć zwracać się do mnie "Panie"? - Zapytał ironicznie.
- Nie, ale wiele by to ułatwiło.
- Co masz na myśli?
- Ja po prostu... Ja...
- Tak?
- Ja się w tym wszystkim gubię! Nic już nie rozumiem.
- O czym ty mówisz?
- Najpierw traktujesz mnie tak... okropnie, potem wymagasz od swojej służby, żeby byli służbą i dla mnie, a nawet okazywali mi szacunek, jak gdybym była nie wiadomo kim... potem traktujesz mnie jak niewolnicę, a teraz jak... Nawet nie wiem jak to nazwać... Jak damę? Gubię się w tym wszystkim. Nie mogę znaleźć sobie miejsca w tej rzeczywistości, bo nie wiem już, kim mam tutaj być! Nie rozumiem tego...
Milczał chwilę, zastanawiając się nad odpowiedzią. Pokazała mu całe sedno problemu...
- Nigdy nie podchodziłem do ciebie jako do niewolnicy. Nigdy nawet tak o tobie nie pomyślałem i chcę, żebyś zawsze o tym pamiętała. Ale rozumiem, że potrzebujesz, żebym jasno określił, czego od ciebie oczekuję.
Zawahał się na moment, po czym wyciągnął do niej rękę, mówiąc:
- Nic nie zrobię. Chcę tylko coś sprawdzić.
Pokiwała głową i pozwoliła mu się do siebie przyciągnąć. Zestresowała się, gdy delikatnie pokierował nią, by usiadła okrakiem na jego udach, ale nie odmówiła, postanawiając mu zaufać. Jego usta delikatnie muskały jej szyję, czubki palców zaś plecy, ramiona i brzuch. Nie bojąc się, pozwalała mu na to, czując przyjemność. Po chwili sama już odchylała głowę, wystawiając się na pieszczoty, delikatnie wyginając plecy w łuk. Jej oddech przyspieszył, a biodra, mimowolnie, same lekko się poruszały, gdy jego palce sunęły po jej ciele, tak blisko krawędzi spodni...
Ruchy Gabriela zwolniły, by po chwili całkowicie się zatrzymać. Siedzieli chwilkę, on z twarzą przy jej szyi i rękoma w talii, ona - zanurzając palce w jego włosach. Była lekko oszołomiona, sama nie wiedziała, czy jego pieszczotami, czy swoją reakcją. Do tego właśnie chciał ją sprowokować... Żeby przestała się bać i reagowała naturalnie.
- Chciałaś tego, prawda? Podobało ci się... - Mówił, z delikatnym uśmiechem.- Proszę, powiedz to...
- Tak, podobało mi się - Wyszeptała.
- Czyli jednak. Pomimo wszystko, ty też zaczęłaś mnie pragnąć.
Patrzył jej w oczy, oczekując odpowiedzi, niczym dziecko wymarzonej nagrody.
- Tak... - Szepnęła, cała zarumieniona ze wstydu. Nie była w stanie patrzeć mu w oczy, gdy to mówiła.
Zaczął całować jej twarz, jak gdyby z wdzięczności.
- W takim bądź razie... Czy wielkim nietaktem byłoby, gdybyś została... moją kochanką?
Zamarła. Kochanką? Jeszcze niedawno oczekiwała niewolnictwa, a teraz...
- Czy coś się stało? - Zapytał, zmartwiony, nie uzyskawszy odpowiedzi. Patrzył w jej zamyślone oczy, szukając w nich urazy, gniewu, ale niczego takiego nie zastał...
-... Nie. Po prostu mnie nieco zaskoczyłeś.
- Czy to znaczy "tak"?
-... Tak.
Był widocznie szczęśliwy. Nashera zamknęła oczy, wypróbowując w myślach, jak to brzmi. Jestem jego kochanką.
Znając swoje miejsce w tej hierarchii, bardzo szybko przestała się bać. Całowali się czule. Serce Nashery zostało uwolnione. Zrozumiała, że tak naprawdę nigdy nie kochała Uriela. Była to nieco inna więź, właściwa tylko aniołom. Polegała nie na namiętności i gorącu uczuć, ale na więzi nie romantycznej, jaka tworzyła się między rodzeństwem. Nigdy tak naprawdę nie myślała o nim w takich kategoriach. Za to Gabriel...
- Jestem twoją kochanką... - Powiedziała z uśmiechem, muskając ustami jego szczękę.
- Tak. Jesteś moją kochanką. - Odparł, przygryzając płatek jej ucha, wywołując u niej dreszcz ekscytacji.
..........................................................................
Mroki nocy spowiły już całą posiadłość. Jego kroki były ledwo słyszalne, gdy niósł ją do swojej sypialni. Przylgnęła do jego piersi, oplatając go w pasie nogami. Trzymał ją mocno, blisko siebie, bojąc się, że mu się wyśliźnie i, upadając, zrobi sobie krzywdę. Cały czas się całowali, coraz bardziej namiętnie, natarczywie, używając języków i zębów. Anielica aż drżała z podniecenia, które i u niego wyraźnie dało o sobie znać. Już po chwili delikatnie położył ją na miękkim łóżku, obsypując gradem pocałunków rozbierane ciało. Tym razem robił wszystko o wiele wolniej, myśląc bardziej o niej, niż o sobie. Jej dłonie rozpinały guziki jego koszuli, pragnąc więcej. Jednak coś wciąż nie dawało jej spokoju...
- Gabriel... - wysapała, zwracając na siebie jego uwagę.- Ja... Tym... Tym razem nie będzie tak... tak jak poprzednio, prawda?
W jej głosie słuchać było niepewność. Pocałował ją czule, chcąc odsunąć od niej wszelkie frasunki.
- Nie. Obiecuję, że nic cię nie zaboli. Będę uważał, wszytko będzie powoli. Wiem, że jesteś niedoświadczona i delikatna. Nie bój się, kochana.
- Ah, powiedz tak jeszcze raz! Proszę... - Jęknęła.
- Kochana. Moja kochana.
Jego pocałunki schodziły coraz niżej. Wplotła mu ręce we włosy, gdy dotarły do krawędzi koronkowych majtek. Dyszała ciężko, cała rozpalona. Gdy wsunął w nią palec, wydała z siebie zaskoczony okrzyk, który niemal natychmiast uciszyły jego wargi. Odsunął się nieco i dostrzegł w jej oczach nieme pytanie.
- Spokojnie - szeptał jej do ucha, cały czas lekko poruszając palcem. Słyszał jej pojękiwanie i widział zamglone rozkoszą spojrzenie.- Jeśli cię trochę nie rozciągnę, to nie będzie ci zbyt przyjemnie. Ból odczuwa tylko kobieta, ponieważ to w jej organizm to ingeruje; dzieje się w niej.
Dołożył kolejny palec, na co odpowiedziało mu mocne wygięcie jej ciała i głośny wdech przez otwarte szeroko usta. Przebierała nerwowo nogami, nie mogąc się opanować. Po chwili jej wnętrze było rozciągane już przez trzy palce. Oddychała ciężko, zasypywana lawiną bodźców. Mięśnie wewnątrz niej mocno i szybko kurczyły się i rozkurczały na przemian.
- Gabriel... Ja... Ja już... nie mogę... Ah!... Proszę... Zrób to...
Dyszała mu do ucha, drżąc. Nie odrywając ust od jej szyi, ostrożnie, niezwykle powoli, spełnił jej prośbę. Krzyknęła, ale nie z bólu. Wiła się w spazmach przyjemności, gdy niespiesznie poruszali się w równym tempie. Oplotła nogi wokół jego bioder, chcąc go jeszcze bliżej. Bez pośpiechu doprowadzali się do ekstazy, poznając i badając swoje ciała. Gabriel był dla niej naprawdę szczodrym i gorliwym kochankiem, który nie szczędził jej rozkoszy i miał jej dobro na względzie. Wreszcie, gdy myślała, że umrze z nadmiaru przyjemności, nadeszło dla niej wybawienie, a, po chwili, również dla niego.
........................................................................
Leżeli obok siebie. Ich nogi były splecione. Ona miała głowę położoną na wyciągniętym ramieniu, on swoją podpierał zgiętą w łokciu ręką. Patrzyli na siebie, szczęśliwi i zmęczeni. Nie mógł oderwać oczu od swojej pięknej kochanki. Była taka spokojna... Jej smukłe, delikatne ciało zostało uleczone już kilka godzin temu, w bibliotece. Teraz nosiło na sobie tylko subtelne pozostałości jego pełnych pasji pocałunków, w postaci malinek. Uda plamiły ślady jego spełnienia. Nie martwił się, że może zajść w ciążę. Nawet bez skrzydeł i swojej mocy, pozostawała anielicą, więc było to niemożliwe. Karmelowe włosy rozsypały się wokół jej głowy niczym aureola. Wyciągnął rękę i odsunął opadające na jej twarz kosmyki. Pogłaskał jej policzek kciukiem, po czym przesunął ręką wzdłuż jej boku, zatrzymując się na biodrach i zjeżdżając ku pośladkom. Uśmiechnęła się na tę pieszczotę, przysuwając się bliżej niego i wtulając w jego pierś. Ucałował jej skroń i sięgnął po leżącą w nogach łóżka delikatną, jedwabną pościel. Wtuleni w siebie, zmęczeni stosunkiem i szczęśliwi swoją bliskością, zasnęli.
.........................................................................
Dzisiaj bez gadania ( możecie udawać że wam nie ulżyło?), pozdrawiam was serdecznie. Następny rozdział już jest w obróbce, ale pojawi się (szantażyk?) dopiero za jakiś czas, czyli po trzech komentarzach. Mała prośba: jeśli wam się podoba, to polecajcie znajomym, którym może się spodobać... Pozdrowienia z dna Kanionu Depresji.
Mam nadzieję, że się podobało...
niedziela, 3 stycznia 2016
Skrzydlate upadki rozdział 8
Mamusiu, ta pani wygląda jak aniołek z witraża w kościele!
Mała dziewczynka patrzyła na Nasherę z otwartą z zachwytu buzią. Trzymająca jej rączkę matka zarumieniła się, ale młoda kobieta tylko uśmiechnęła się do dziecka i przykucnęła.
- Ty też wyglądasz jak aniołek. Znacznie bardziej niż ja.
- Naprawdę?! - Ucieszyła się, pokazując wszystkie ząbki.
- Naprawdę. Jak anioł-stróż.
- A to prawda, że każdy ma anioła-stróża?
- Oczywiście.
- Anioły też?
Nashera uśmiechnęła się szerzej.
- Wydaje mi się, że im to nie jest potrzebne.
Wstała i poszła dalej alejkami parku. Nie wiedziała, jak bardzo się wtedy myliła. Nawet aniołom czasem przydałoby się wsparcie takiego stróża...
.................................................................
Światło wpadające przez rozsunięte zasłony oświetlało tego poranka widok zgoła inny niż zwykle. Delikatna postać wyglądała bardziej jak zmaltretowane zwłoki. Leżąca w swoim łóżku, przykryta niedbale prześcieradłem z łoża Gabriela. Jej blada skóra pokryta była fioletowymi sińcami. Poplątane włosy zasłaniały nieco jej twarz. Podkrążone oczy i sine od uderzeń policzki. Rozcięta warga. Na jej całkowicie odkrytych nogach były brudne ślady, między innymi z krwi. Biodra i uda wyglądały chyba jeszcze gorzej niż przykryte żebra i piersi. Wszystkie jej stawy były opuchnięte i sine. Oczy miała otwarte. Nie spała. Zmagała się z bólem gorszym niż ten, który przeszywał każdą komórkę jej ciała. Miała ochotę zdrapać z siebie skórę, która paliła ją, przypominając o dotyku jej właściciela. Była jego własnością. Dopiero teraz uświadomiła sobie w pełni, co to oznacza.
Spróbowała się poruszyć. Nie było tak źle... dopóki nie poruszyła nogami czy choćby biodrami. Wtedy ból był taki, że schowała twarz w poduszki, by stłumić krzyk. Miała wrażenie, że znów coś ją rozrywa od środka... Cały czas szlochając, doczołgała się do łazienki i napuściła wody do wanny. Ucieszyła się, że była ona wbudowana w podłogę, bo w przeciwnym razie nie zdołałaby do niej wejść. Gdy jej biodra zetknęły z gorącą wodą, nie powstrzymała już krzyku. Zacisnęła zęby, starając się jakoś to wytrzymać. Po chwili piekący ból zmienił się w ulgę. Zanurzyła się aż po szyję, czując, jak powoli się on zmniejsza. Nadal jednak nie była w stanie poruszać nogami ani biodrami, bo skutkowało to kolejną falą cierpienia. Woda robiła się coraz bardziej czerwona, gdy zdała sobie sprawę z tego, że znów krwawi. Jedną z prób musiała otworzyć zasklepioną ranę. Miała tylko nadzieję, że to nic groźnego... Był już późny ranek, Milena powinna wkrótce przyjść...
Na szczęście się nie pomyliła. Nie minęło dwadzieścia minut, gdy usłyszała, jak ktoś krząta się po jej sypialni.
- Milena! - Zawołała drżącym głosem.
Po chwili pokojówka zapukała do drzwi łazienki i, nie doczekawszy się odpowiedzi, weszła. Widząc ją w takim stanie, w wannie pełnej krwawej wody, zasłoniła sobie usta dłonią.
- O Boże! Ale... jak... Co się stało?!
- Pomożesz mi? - Jej głos był słaby. Wiedziała, że nie jest dobrze. Zawsze miała słabą krzepliwość krwi, co tym razem działało wyjątkowo mocno na jej niekorzyść. Gabriel musiał jej coś uszkodzić, i to bardziej niż przypuszczał... Pokojówka szybko opuściła swoją nową panią. Nashera zamknęła oczy, powtarzając w myślach: błagam, tylko nie po niego... Nie chcę go tu... Wolałabym umrzeć. Jej domysły okazały się jednak słuszne, bo po chwili do pomieszczenia wszedł sprawca całego zamieszania, a za nim drżąca ze zdenerwowania służka. Nashera zaczęła trząść się ze strachu. Patrzyła na niego czujnym spojrzeniem szeroko otwartych oczu, śledząc każdy jego ruch. Wygonił Milenę, każąc jej uprzednio zostawić kilka ręczników przy łóżku. Wykonała jego rozkazy bez chwili zwłoki. Zbliżył się do rannej dziewczyny, która spróbowała się od niego odsunąć, przerażona.
- Nie ruszaj się, pogarszasz sprawę.
Wiedział, że musi mówić do niej spokojnie, mimo całej swojej stanowczości. Po tym, co zrobił jej w nocy, był pewien, że ma go za potwora. Ta świadomość sprawiała mu pewien podskórny ból, choć nie mógł powiedzieć, że nie czerpał przyjemności ze swoich czynów. Na swój chory sposób kochał ją, dlatego odczuwana jeszcze nie tak dawno przyjemność została zasłonięta przez smutek, gdy patrzył na nią. Nie ruszała się już. Nie miała gdzie. Siedziała w rogu wanny. Gabriel wziął duży ręcznik i rozłożył go na podłodze za jej plecami. Stojąc za nią, zdjął koszulę, nie chcąc jej zniszczyć. Gdy tylko dotknął jej ramienia, usłyszał ciche chlipanie. Zaskoczony, przesunął się tak, żeby zobaczyć jej twarz. Spod zaciśniętych powiek wypływały w zawrotnym tempie łzy. Płakała ze strachu. Ze strachu przed nim. Zaszokowało go to. Wiedział, że gdy tracił panowanie nad swoimi czynami, mógł być straszny, ale nie przypuszczał, że aż tak. Aż tak ją skrzywdził. To pomogło mu otrzeźwieć. Wszystko, co zrobił, wróciło do niego ze zdwojoną siłą. A przecież tyle razy błagała go, by przestał. Pierwszy raz od wielu tysięcy lat poczuł, że żałuje tego, co zrobił. Dziewczyna przez niego bała się dotyku, mimo że był to jedyny sposób, by przestała cierpieć. I cierpiała również przez niego. Ani razu nie pomyślał o konsekwencjach tego, co robił. Że jej ciało jest delikatne i nieprzyzwyczajone do czegoś takiego. Że może zrobić jej krzywdę. W efekcie zaszczuł ją. Właśnie tego chciał uniknąć. Do zaszczucia jej wystarczyła mu jedna noc. A odwrócenie tego procesu było bardzo trudne, czasem nawet niemożliwe. Zaczął przemawiać do niej cichym, spokojnym głosem, hipnotyzującym, jak ton, którego używa się do rozmów z przestraszonymi dziećmi.
- Spokojnie. Oddychaj. Nic ci nie zrobię. Niepotrzebnie się boisz.
- Wczoraj też tak mówiłeś - wychlipała.
- Wiem. Ale wczoraj nie byłem sobą. Uwierz, że ja nigdy nie zrobiłbym ci krzywdy. - Mówił, głaszcząc ją po włosach. - Nic ci nie zrobię. Usiłuję ci pomóc. Ale nie będę mógł tego zrobić, jeśli mi na to nie pozwolisz. Masz coś z krzepliwością?
Dziewczyna w odpowiedzi pokiwała głową, nieco się uspokajając.
- Musisz dać sobie pomóc, bo w przeciwnym razie się wykrwawisz. Posłuchaj. Wyciągnę cię teraz z wody i zabiorę do łóżka. Pomogę ci. Mam moc, mogę cię uleczyć. Ale musisz się uspokoić i pozwolić mi działać. Zgoda?
- Zgoda. - Jej głos drżał, ale była już spokojniejsza.
- Dobrze. To teraz wyciągnij ręce z wody i opleć je mocno wokół mojej szyi. Wyciągnę cię.
Zrobiła, jak kazał i już po chwili leżała na ręczniku. Jęknął, dostrzegając zakres dokonanych przez siebie zniszczeń na jej ciele. Po jej udach spływała krew. Wstał i na chwilę wyszedł z łazienki. Odkrył kołdrę z jej łóżka i rozłożył na prześcieradle dwa ręczniki, jeden na drugim. Dwa mniejsze przewiesił przez krawędź dużej miski na wodę, przeznaczonej do mycia twarzy. Pozostawiona przez Milenę ciepła ciecz wsiąkała w biały materiał. Wrócił i owinął ją szczelniej. Mimo strachu trzymała się go wątłymi rękoma, gdy niósł ją na przygotowane miejsce. Pojękiwała, choć starał się uważać na jej rany. Rany, które sam jej zadał.
Gdy już leżała spokojnie, wyciągnął rękę i położył ją w dole jej brzucha. Zadrżała, przestraszona, ale szybko zareagował, kładąc jej rękę na czole i szepcząc uspokajająco.
- Nic ci nie zrobię. Spokojnie. Masz... Masz krwotok wewnętrzny. I rozerwane wszystko w środku. Muszę to naprawić. Zgoda?
Pokiwała głową, zaciskając powieki. Gdy starał się uleczyć jej rany, cały czas patrzył na jej twarz. Czoło zrosił pot, płakała. Oddychała przez zaciśnięte zęby, zwijając dłonie w pięści. Jego moc naprawiała wyrządzone szkody, ale nie oznaczało to, że uniknęła bólu. Delikatnie głaskał jej brzuch, szukając kolejnych uszkodzeń. Gdy jednak jego ręką zjechała niżej, dziewczyna zareagowała instynktownie. Jej uda zacisnęły się mocno, ręka chwyciła jego nadgarstek. Podniosła się nieco, patrząc mu w oczy przerażonym spojrzeniem. Jego druga ręka pogłaskała jej ramię.
- Spokojnie. Nie skrzywdzę cię. Robię to po to, żebyś poczuła się lepiej.
- Ale przecież to przez ciebie czuję się właśnie tak! - Krzyknęła, płacząc.
Poczuł się, jak gdyby go spoliczkowała. Miała rację. To on doprowadził ją do takiego stanu.
- Masz rację. I nie spodziewam się, że mi po tym uwierzysz czy zaufasz. Ale nie pozwolę ci tak się męczyć, więc pozwól mi pomóc.
Patrzyła na niego chwilę, niezdecydowana, ale ostatecznie puściła go i położyła się z powrotem. Zdjął dłoń z jej ramienia i wsunął w jej drżące palce. Spojrzał jej w oczy. Zrozumiała, o co mu chodziło. Spod zamkniętych powiek wypłynęło kilka łez, ale kiwnęła głową, ściskając jego rękę. Chciał, żeby w ten sposób przekierowała swój strach. Powrócił do poprzedniej czynności, uzdrawiając zerwane tkanki. Dziewczyna nadal bała się jego dotyku, więc z każdą chwilą coraz mocniej ściskała jego rękę, nie przestając płakać i chlipać. Po chwili krew przestała wypływać z jej ciała. Gdy tylko skończył, zabrał swój dotyk spomiędzy jej nóg. Widocznie się uspokoiła. Chwycił mokry ręcznik i zaczął ścierać z jej ciała krew. Usunął tylko te szkody, które wyrządził wewnątrz jej ciała. Siniaki pozostały. Ale wolał, żeby tak było. Dopóki patrzenie na nią sprawia mu ból, dopóty jest pewien, że jej nie skrzywdzi. Chciał ją do siebie przekonać. Żeby następnym razem oddała mu się z własnej woli. Żeby go nie nienawidziła. Przykrył ją kołdrą i usiadł na brzegu łóżka. Powoli oswajała się z jego obecnością. Bardzo powoli. Objawiało się to głównie sposobem, w jaki zmieniał się jej oddech. Zdążył już nauczyć się, że był to jeden z tych sygnałów, które zdradzały emocje. Z początku szybki, nieregularny i płytki, z upływem czasu stawał się spokojniejszy i głębszy. Cały ten czas siedzieli w ciszy. Cały ten czas patrzyła na niego oczami, w których stopniowo gasło przerażenie, a on na nią oczami, w których widać było spokój i... coś, czego nie mogła rozpoznać.
- Boisz się mnie, prawda?
Nie odpowiedziała. Odwróciła wzrok.
- Wiem, że się boisz. Widzę to. Sam z resztą dałem ci do tego powód. Ale chcę, żebyś wiedziała, że naprawdę nie byłem sobą.
Nie doczekał się żadnej reakcji. Złapał ponownie jej dłoń. Wciąż nic.
- Żałuję.
- Więc dlaczego to zrobiłeś? - Wyszeptała.
- Bo od kilku tysięcy lat chciałem, żebyś była moja. Nie mogłem myśleć o niczym innym. Kiedy byłem tak blisko... Kiedy mi odmówiłaś... Przestałem nad sobą panować.
Złapał się palcami za grzbiet nosa. Przyznawanie się do tego wszystkiego było dla niego bardzo trudne.
- Zrobiłem wiele niekoniecznie dobrych rzeczy, żebyś była moja. Odebrałem ci wolność, ale nie tak miała wyglądać nasza znajomość. Chciałem, żebyś poddawała mi się z własnej woli. Nie wziąłem pod uwagę, że możesz się nie zgodzić.
Próbował wyczytać coś z jej twarzy. Lecz pozostała niewzruszona. Patrzył na ich złączone dłonie, czekając.
- Naprawdę żałuję. Możesz choć spróbować dać mi szansę?
Milczenie. Nie wiedział już, co ma robić.
- I co wtedy? Znów mnie zgwałcisz, jeśli ci odmówię?
Po raz drugi tego dnia poczuł, jak jej słowa uderzają w niego z siłą pocisku. Teraz gdy powiedziała to nagłos, tak dobitnie, poczuł się jeszcze gorzej. Poczuł się jak potwór. Zrozumiał jeszcze lepiej stan jej psychiki. Zawsze gardził gwałcicielami, bardziej niż kimkolwiek innym. O ile pojmował różne inne zbrodnie, o tyle tej nie potrafił. Brzydził się tym. Uważał, że to gorsze od morderstwa, bo tak bardzo... nienaturalne. Zwierzęta się zabijały. Taka już natura. Kradły, walcząc o przetrwanie. Zjadały się nawzajem. Mimo to w naturze nie było miejsca na to, czego się dopuścił. Zrobił to, czego zawsze się brzydził; dopuścił się jedynej zbrodni, której nie mógł zaakceptować. Spojrzał na nią. Znów płakała. Przez niego. Potrzebowała kogoś, ale miała tylko jego. Nie mogąc zrobić nic więcej, przyciągnął ją do siebie, zmuszając, by usiadła. Szarpała się, nie wiedząc, co chce zrobić, ale zamarła, zszokowana, gdy przytulił ją do piersi, głaszcząc jej włosy i plecy.
- Przepraszam. Tak strasznie przepraszam... - Głos mu się załamał.
Zaczęła płakać, wtulona w niego. Nie wiedziała już sama, czemu płacze. Kłębiących się w niej emocji było zbyt wiele i, gdy znalazły ujście, nie dało się ich już zatrzymać, jak nie da się powstrzymać powodzi, gdy pęka tama na rzece. To wszystko zalewało ją, jak woda zalewa dolinę, wnikając w spaloną słońcem ziemię. A gdy powódź ustała, pozostawiła po sobie wspomnienie zniszczenia, niezbędnego, by w przyszłości dolina mogła się odrodzić za sprawą kilku, może kilkunastu maleńkich, ledwie kiełkujących pędów przebaczenia.
Już niemal zasnęła. Położył się obok niej, pierwszy raz czując się niepewnie, nie wiedząc, czy może to zrobić. To było całkowicie odmienne od tego, co znał. Zwykle, gdy czegoś chciał, po prostu brał to, nie pytając nikogo o zdanie czy zgodę. Ale podobała mu się ta odmiana. Pierwsze raz czuł się tak jak dawnej. Czuł się dobrze.
................................................................
No proszę. Czy jakakolwiek żywa, myśląca, oddychająca, czytająca tego bloga istota ludzka podejrzewała, że Gabriel zwróci się ku jasnej stronie mocy?
.
.
.
No ja też nie. Powoli zaczynam podejrzewać, że mój blog zmienia się w klasyczny przykład telenoweli. Tylko akcja trochę szybciej się toczy... (Moda na sukces, odcinek 46985, Rich wybiera krawat na przyjęcie). Ile to się może pozmieniać z powodu jednej kobiety. No nie bez powodu mówi się, że gdzie diabeł nie może, tam babę pośle. A co do diabła... Nie martwcie się, nasz Lucyfer nie próżnuje, prężnie działa w samorządzie i kilku komitetach, sumiennie wykonując swoją robotę. Powiedziałam mu, że się za nim stęskniliśmy i obiecał, że za kilka rozdziałów, gdy znajdzie chwilkę, to do nas wpadnie. Za trochę (duże trochę) ponad miesiąc mam urodziny, więc może wpadnie na małą imprezkę. A ja zamiast tortu przygotuję dla was baaaardzo długi, urodzinowy rozdział. Do końca stycznia możecie mi pisać, co chcielibyście w nim zobaczyć, albo raczej przeczytać. Nie uda się pewnie spełnić wszystkich życzeń, ale postaram się jak najwięcej. Więc komentujcie, piszcie, jestem otwarta na krytykę, sugestie i tak dalej. A może ktoś miałby jakieś pytanie? Śmiało, nie wstydzić się, chętnie odpowiem! Do napisania, mes amis!
Mała dziewczynka patrzyła na Nasherę z otwartą z zachwytu buzią. Trzymająca jej rączkę matka zarumieniła się, ale młoda kobieta tylko uśmiechnęła się do dziecka i przykucnęła.
- Ty też wyglądasz jak aniołek. Znacznie bardziej niż ja.
- Naprawdę?! - Ucieszyła się, pokazując wszystkie ząbki.
- Naprawdę. Jak anioł-stróż.
- A to prawda, że każdy ma anioła-stróża?
- Oczywiście.
- Anioły też?
Nashera uśmiechnęła się szerzej.
- Wydaje mi się, że im to nie jest potrzebne.
Wstała i poszła dalej alejkami parku. Nie wiedziała, jak bardzo się wtedy myliła. Nawet aniołom czasem przydałoby się wsparcie takiego stróża...
.................................................................
Światło wpadające przez rozsunięte zasłony oświetlało tego poranka widok zgoła inny niż zwykle. Delikatna postać wyglądała bardziej jak zmaltretowane zwłoki. Leżąca w swoim łóżku, przykryta niedbale prześcieradłem z łoża Gabriela. Jej blada skóra pokryta była fioletowymi sińcami. Poplątane włosy zasłaniały nieco jej twarz. Podkrążone oczy i sine od uderzeń policzki. Rozcięta warga. Na jej całkowicie odkrytych nogach były brudne ślady, między innymi z krwi. Biodra i uda wyglądały chyba jeszcze gorzej niż przykryte żebra i piersi. Wszystkie jej stawy były opuchnięte i sine. Oczy miała otwarte. Nie spała. Zmagała się z bólem gorszym niż ten, który przeszywał każdą komórkę jej ciała. Miała ochotę zdrapać z siebie skórę, która paliła ją, przypominając o dotyku jej właściciela. Była jego własnością. Dopiero teraz uświadomiła sobie w pełni, co to oznacza.
Spróbowała się poruszyć. Nie było tak źle... dopóki nie poruszyła nogami czy choćby biodrami. Wtedy ból był taki, że schowała twarz w poduszki, by stłumić krzyk. Miała wrażenie, że znów coś ją rozrywa od środka... Cały czas szlochając, doczołgała się do łazienki i napuściła wody do wanny. Ucieszyła się, że była ona wbudowana w podłogę, bo w przeciwnym razie nie zdołałaby do niej wejść. Gdy jej biodra zetknęły z gorącą wodą, nie powstrzymała już krzyku. Zacisnęła zęby, starając się jakoś to wytrzymać. Po chwili piekący ból zmienił się w ulgę. Zanurzyła się aż po szyję, czując, jak powoli się on zmniejsza. Nadal jednak nie była w stanie poruszać nogami ani biodrami, bo skutkowało to kolejną falą cierpienia. Woda robiła się coraz bardziej czerwona, gdy zdała sobie sprawę z tego, że znów krwawi. Jedną z prób musiała otworzyć zasklepioną ranę. Miała tylko nadzieję, że to nic groźnego... Był już późny ranek, Milena powinna wkrótce przyjść...
Na szczęście się nie pomyliła. Nie minęło dwadzieścia minut, gdy usłyszała, jak ktoś krząta się po jej sypialni.
- Milena! - Zawołała drżącym głosem.
Po chwili pokojówka zapukała do drzwi łazienki i, nie doczekawszy się odpowiedzi, weszła. Widząc ją w takim stanie, w wannie pełnej krwawej wody, zasłoniła sobie usta dłonią.
- O Boże! Ale... jak... Co się stało?!
- Pomożesz mi? - Jej głos był słaby. Wiedziała, że nie jest dobrze. Zawsze miała słabą krzepliwość krwi, co tym razem działało wyjątkowo mocno na jej niekorzyść. Gabriel musiał jej coś uszkodzić, i to bardziej niż przypuszczał... Pokojówka szybko opuściła swoją nową panią. Nashera zamknęła oczy, powtarzając w myślach: błagam, tylko nie po niego... Nie chcę go tu... Wolałabym umrzeć. Jej domysły okazały się jednak słuszne, bo po chwili do pomieszczenia wszedł sprawca całego zamieszania, a za nim drżąca ze zdenerwowania służka. Nashera zaczęła trząść się ze strachu. Patrzyła na niego czujnym spojrzeniem szeroko otwartych oczu, śledząc każdy jego ruch. Wygonił Milenę, każąc jej uprzednio zostawić kilka ręczników przy łóżku. Wykonała jego rozkazy bez chwili zwłoki. Zbliżył się do rannej dziewczyny, która spróbowała się od niego odsunąć, przerażona.
- Nie ruszaj się, pogarszasz sprawę.
Wiedział, że musi mówić do niej spokojnie, mimo całej swojej stanowczości. Po tym, co zrobił jej w nocy, był pewien, że ma go za potwora. Ta świadomość sprawiała mu pewien podskórny ból, choć nie mógł powiedzieć, że nie czerpał przyjemności ze swoich czynów. Na swój chory sposób kochał ją, dlatego odczuwana jeszcze nie tak dawno przyjemność została zasłonięta przez smutek, gdy patrzył na nią. Nie ruszała się już. Nie miała gdzie. Siedziała w rogu wanny. Gabriel wziął duży ręcznik i rozłożył go na podłodze za jej plecami. Stojąc za nią, zdjął koszulę, nie chcąc jej zniszczyć. Gdy tylko dotknął jej ramienia, usłyszał ciche chlipanie. Zaskoczony, przesunął się tak, żeby zobaczyć jej twarz. Spod zaciśniętych powiek wypływały w zawrotnym tempie łzy. Płakała ze strachu. Ze strachu przed nim. Zaszokowało go to. Wiedział, że gdy tracił panowanie nad swoimi czynami, mógł być straszny, ale nie przypuszczał, że aż tak. Aż tak ją skrzywdził. To pomogło mu otrzeźwieć. Wszystko, co zrobił, wróciło do niego ze zdwojoną siłą. A przecież tyle razy błagała go, by przestał. Pierwszy raz od wielu tysięcy lat poczuł, że żałuje tego, co zrobił. Dziewczyna przez niego bała się dotyku, mimo że był to jedyny sposób, by przestała cierpieć. I cierpiała również przez niego. Ani razu nie pomyślał o konsekwencjach tego, co robił. Że jej ciało jest delikatne i nieprzyzwyczajone do czegoś takiego. Że może zrobić jej krzywdę. W efekcie zaszczuł ją. Właśnie tego chciał uniknąć. Do zaszczucia jej wystarczyła mu jedna noc. A odwrócenie tego procesu było bardzo trudne, czasem nawet niemożliwe. Zaczął przemawiać do niej cichym, spokojnym głosem, hipnotyzującym, jak ton, którego używa się do rozmów z przestraszonymi dziećmi.
- Spokojnie. Oddychaj. Nic ci nie zrobię. Niepotrzebnie się boisz.
- Wczoraj też tak mówiłeś - wychlipała.
- Wiem. Ale wczoraj nie byłem sobą. Uwierz, że ja nigdy nie zrobiłbym ci krzywdy. - Mówił, głaszcząc ją po włosach. - Nic ci nie zrobię. Usiłuję ci pomóc. Ale nie będę mógł tego zrobić, jeśli mi na to nie pozwolisz. Masz coś z krzepliwością?
Dziewczyna w odpowiedzi pokiwała głową, nieco się uspokajając.
- Musisz dać sobie pomóc, bo w przeciwnym razie się wykrwawisz. Posłuchaj. Wyciągnę cię teraz z wody i zabiorę do łóżka. Pomogę ci. Mam moc, mogę cię uleczyć. Ale musisz się uspokoić i pozwolić mi działać. Zgoda?
- Zgoda. - Jej głos drżał, ale była już spokojniejsza.
- Dobrze. To teraz wyciągnij ręce z wody i opleć je mocno wokół mojej szyi. Wyciągnę cię.
Zrobiła, jak kazał i już po chwili leżała na ręczniku. Jęknął, dostrzegając zakres dokonanych przez siebie zniszczeń na jej ciele. Po jej udach spływała krew. Wstał i na chwilę wyszedł z łazienki. Odkrył kołdrę z jej łóżka i rozłożył na prześcieradle dwa ręczniki, jeden na drugim. Dwa mniejsze przewiesił przez krawędź dużej miski na wodę, przeznaczonej do mycia twarzy. Pozostawiona przez Milenę ciepła ciecz wsiąkała w biały materiał. Wrócił i owinął ją szczelniej. Mimo strachu trzymała się go wątłymi rękoma, gdy niósł ją na przygotowane miejsce. Pojękiwała, choć starał się uważać na jej rany. Rany, które sam jej zadał.
Gdy już leżała spokojnie, wyciągnął rękę i położył ją w dole jej brzucha. Zadrżała, przestraszona, ale szybko zareagował, kładąc jej rękę na czole i szepcząc uspokajająco.
- Nic ci nie zrobię. Spokojnie. Masz... Masz krwotok wewnętrzny. I rozerwane wszystko w środku. Muszę to naprawić. Zgoda?
Pokiwała głową, zaciskając powieki. Gdy starał się uleczyć jej rany, cały czas patrzył na jej twarz. Czoło zrosił pot, płakała. Oddychała przez zaciśnięte zęby, zwijając dłonie w pięści. Jego moc naprawiała wyrządzone szkody, ale nie oznaczało to, że uniknęła bólu. Delikatnie głaskał jej brzuch, szukając kolejnych uszkodzeń. Gdy jednak jego ręką zjechała niżej, dziewczyna zareagowała instynktownie. Jej uda zacisnęły się mocno, ręka chwyciła jego nadgarstek. Podniosła się nieco, patrząc mu w oczy przerażonym spojrzeniem. Jego druga ręka pogłaskała jej ramię.
- Spokojnie. Nie skrzywdzę cię. Robię to po to, żebyś poczuła się lepiej.
- Ale przecież to przez ciebie czuję się właśnie tak! - Krzyknęła, płacząc.
Poczuł się, jak gdyby go spoliczkowała. Miała rację. To on doprowadził ją do takiego stanu.
- Masz rację. I nie spodziewam się, że mi po tym uwierzysz czy zaufasz. Ale nie pozwolę ci tak się męczyć, więc pozwól mi pomóc.
Patrzyła na niego chwilę, niezdecydowana, ale ostatecznie puściła go i położyła się z powrotem. Zdjął dłoń z jej ramienia i wsunął w jej drżące palce. Spojrzał jej w oczy. Zrozumiała, o co mu chodziło. Spod zamkniętych powiek wypłynęło kilka łez, ale kiwnęła głową, ściskając jego rękę. Chciał, żeby w ten sposób przekierowała swój strach. Powrócił do poprzedniej czynności, uzdrawiając zerwane tkanki. Dziewczyna nadal bała się jego dotyku, więc z każdą chwilą coraz mocniej ściskała jego rękę, nie przestając płakać i chlipać. Po chwili krew przestała wypływać z jej ciała. Gdy tylko skończył, zabrał swój dotyk spomiędzy jej nóg. Widocznie się uspokoiła. Chwycił mokry ręcznik i zaczął ścierać z jej ciała krew. Usunął tylko te szkody, które wyrządził wewnątrz jej ciała. Siniaki pozostały. Ale wolał, żeby tak było. Dopóki patrzenie na nią sprawia mu ból, dopóty jest pewien, że jej nie skrzywdzi. Chciał ją do siebie przekonać. Żeby następnym razem oddała mu się z własnej woli. Żeby go nie nienawidziła. Przykrył ją kołdrą i usiadł na brzegu łóżka. Powoli oswajała się z jego obecnością. Bardzo powoli. Objawiało się to głównie sposobem, w jaki zmieniał się jej oddech. Zdążył już nauczyć się, że był to jeden z tych sygnałów, które zdradzały emocje. Z początku szybki, nieregularny i płytki, z upływem czasu stawał się spokojniejszy i głębszy. Cały ten czas siedzieli w ciszy. Cały ten czas patrzyła na niego oczami, w których stopniowo gasło przerażenie, a on na nią oczami, w których widać było spokój i... coś, czego nie mogła rozpoznać.
- Boisz się mnie, prawda?
Nie odpowiedziała. Odwróciła wzrok.
- Wiem, że się boisz. Widzę to. Sam z resztą dałem ci do tego powód. Ale chcę, żebyś wiedziała, że naprawdę nie byłem sobą.
Nie doczekał się żadnej reakcji. Złapał ponownie jej dłoń. Wciąż nic.
- Żałuję.
- Więc dlaczego to zrobiłeś? - Wyszeptała.
- Bo od kilku tysięcy lat chciałem, żebyś była moja. Nie mogłem myśleć o niczym innym. Kiedy byłem tak blisko... Kiedy mi odmówiłaś... Przestałem nad sobą panować.
Złapał się palcami za grzbiet nosa. Przyznawanie się do tego wszystkiego było dla niego bardzo trudne.
- Zrobiłem wiele niekoniecznie dobrych rzeczy, żebyś była moja. Odebrałem ci wolność, ale nie tak miała wyglądać nasza znajomość. Chciałem, żebyś poddawała mi się z własnej woli. Nie wziąłem pod uwagę, że możesz się nie zgodzić.
Próbował wyczytać coś z jej twarzy. Lecz pozostała niewzruszona. Patrzył na ich złączone dłonie, czekając.
- Naprawdę żałuję. Możesz choć spróbować dać mi szansę?
Milczenie. Nie wiedział już, co ma robić.
- I co wtedy? Znów mnie zgwałcisz, jeśli ci odmówię?
Po raz drugi tego dnia poczuł, jak jej słowa uderzają w niego z siłą pocisku. Teraz gdy powiedziała to nagłos, tak dobitnie, poczuł się jeszcze gorzej. Poczuł się jak potwór. Zrozumiał jeszcze lepiej stan jej psychiki. Zawsze gardził gwałcicielami, bardziej niż kimkolwiek innym. O ile pojmował różne inne zbrodnie, o tyle tej nie potrafił. Brzydził się tym. Uważał, że to gorsze od morderstwa, bo tak bardzo... nienaturalne. Zwierzęta się zabijały. Taka już natura. Kradły, walcząc o przetrwanie. Zjadały się nawzajem. Mimo to w naturze nie było miejsca na to, czego się dopuścił. Zrobił to, czego zawsze się brzydził; dopuścił się jedynej zbrodni, której nie mógł zaakceptować. Spojrzał na nią. Znów płakała. Przez niego. Potrzebowała kogoś, ale miała tylko jego. Nie mogąc zrobić nic więcej, przyciągnął ją do siebie, zmuszając, by usiadła. Szarpała się, nie wiedząc, co chce zrobić, ale zamarła, zszokowana, gdy przytulił ją do piersi, głaszcząc jej włosy i plecy.
- Przepraszam. Tak strasznie przepraszam... - Głos mu się załamał.
Zaczęła płakać, wtulona w niego. Nie wiedziała już sama, czemu płacze. Kłębiących się w niej emocji było zbyt wiele i, gdy znalazły ujście, nie dało się ich już zatrzymać, jak nie da się powstrzymać powodzi, gdy pęka tama na rzece. To wszystko zalewało ją, jak woda zalewa dolinę, wnikając w spaloną słońcem ziemię. A gdy powódź ustała, pozostawiła po sobie wspomnienie zniszczenia, niezbędnego, by w przyszłości dolina mogła się odrodzić za sprawą kilku, może kilkunastu maleńkich, ledwie kiełkujących pędów przebaczenia.
Już niemal zasnęła. Położył się obok niej, pierwszy raz czując się niepewnie, nie wiedząc, czy może to zrobić. To było całkowicie odmienne od tego, co znał. Zwykle, gdy czegoś chciał, po prostu brał to, nie pytając nikogo o zdanie czy zgodę. Ale podobała mu się ta odmiana. Pierwsze raz czuł się tak jak dawnej. Czuł się dobrze.
................................................................
No proszę. Czy jakakolwiek żywa, myśląca, oddychająca, czytająca tego bloga istota ludzka podejrzewała, że Gabriel zwróci się ku jasnej stronie mocy?
.
.
.
No ja też nie. Powoli zaczynam podejrzewać, że mój blog zmienia się w klasyczny przykład telenoweli. Tylko akcja trochę szybciej się toczy... (Moda na sukces, odcinek 46985, Rich wybiera krawat na przyjęcie). Ile to się może pozmieniać z powodu jednej kobiety. No nie bez powodu mówi się, że gdzie diabeł nie może, tam babę pośle. A co do diabła... Nie martwcie się, nasz Lucyfer nie próżnuje, prężnie działa w samorządzie i kilku komitetach, sumiennie wykonując swoją robotę. Powiedziałam mu, że się za nim stęskniliśmy i obiecał, że za kilka rozdziałów, gdy znajdzie chwilkę, to do nas wpadnie. Za trochę (duże trochę) ponad miesiąc mam urodziny, więc może wpadnie na małą imprezkę. A ja zamiast tortu przygotuję dla was baaaardzo długi, urodzinowy rozdział. Do końca stycznia możecie mi pisać, co chcielibyście w nim zobaczyć, albo raczej przeczytać. Nie uda się pewnie spełnić wszystkich życzeń, ale postaram się jak najwięcej. Więc komentujcie, piszcie, jestem otwarta na krytykę, sugestie i tak dalej. A może ktoś miałby jakieś pytanie? Śmiało, nie wstydzić się, chętnie odpowiem! Do napisania, mes amis!
piątek, 1 stycznia 2016
Skrzydlate upadki rozdział 7
- Już się zaczęło. Dotrzymasz słowa?
- Jeśli tylko ty dotrzymasz swojego. Jeśli mnie zdradzisz zabiję cię.
- To groźba?
- Raczej ostrzeżenie. I pamiętaj: on ma pozostać nietknięty. To moja karta przetargowa.
- Nie rozumiem, przecież tak czy inaczej nie dowie się że coś z nim nie tak.
- Dowie się. On ma jej moc, są połączeni. To działa tylko w jedną stronę, ona wie co się z nim dzieje, ale on nie wie nawet o jej istnieniu.
- Dobra, dobra! Skończ swoje wykłady. Zrobię jak chcesz.
..................................................................
Nashera otworzyła oczy. Widziała jak przez mgłę. Czuła silny ból w całym ciele, ale najbardziej dokuczała jej głowa. Miała wrażenie że mózg zaraz rozsadzi jej czaszkę. Wydawało jej się że światło razi ją, więc zamknęła oczy licząc, że przyniesie to ulgę. Znów zemdlała.
..........................................................
Tym razem czuła się inaczej. Było jej błogo, miękko i ciepło. Czuła się słaba, ale ból już ustał. Rozejrzała się. Leżała w łóżku. Choć bardziej odpowiednim słowem byłoby łoże. Było ogromne, wysokie i dość miękkie, choć nie zbytnio. Pościel w kolorach bieli i głębokiego błękitu, haftowany baldachim. Cała sypialnia była ogromna i przestronna, urządzona z rozmachem, ale nie przesadzona. Dość jasna, choć nie przytłaczająca. Łóżko znajdowało się na niewielkim podwyższeniu, obok niego szafka nocna. Po lewej wysokie okna, przesłonięte ciężkimi zasłonami. Na przeciwko drzwi. Boazeria i kwiecista tapeta, wyglądająca na drogą. Nie mogła uwierzyć że znajduje się w tak pięknym miejscu... Zaraz jednak przypomniała sobie okoliczności, które na to wpłynęły. Miała tu być więźniem.
Nie jest tak źle... Zawsze mogło być gorzej. Próbowała się pocieszyć, ale mimo to w oczach stanęły jej łzy. Chciała wrócić do domu, do ukochanego. Ale to było niemożliwe, bo ona już dla niego nie istniała. Teraz była niewolnicą Gabriela. Prawda, druzgocąca prawda, runęła na nią z porażającą siłą. Nie była już w stanie powstrzymać się od płaczu. Łkała jak nigdy, chowając twarz w miękkie poduszki. Czuła się bezwartościowa, a nawet jej jeszcze nie dotknął. Nie miała pojęcia jak poradzi sobie z takim poniżeniem, skoro już teraz czuła się jak... Nie. Nie jak dziwka. Dziwka miała wybór, a ona nie. Była jego właściwością. Nie mogła dopuścić do siebie myśli, że ten potwór będzie ją dotykał. Że to on będzie tym pierwszym, tym, który zabierze to, co zachowała dla ukochanego, bo zawsze marzyła że to będzie wyjątkowa chwila, którą spędzi z Urielem. Płakała jak zranione dziecko, a po kilku godzinach, gdy już zmęczyła się łzami, nadeszła gorzka obojętność, odcinając jej ból choćby cienką warstwą od skraju świadomości. Leżała tak, zwinięta pod pierzyną, aż nagle drzwi się delikatnie otworzyły i ktoś wszedł. Jej serce zamarło na moment, po czym rozpoczęło szaleńczy galop, ale nie poruszyła się. Ktoś odchrząknął. Nagle dotarło do niej, że to był kobiecy głos. Podniosła się do siadu i spojrzała na młodą kobietę stojącą w drzwiach. Nie była wysoka ani zbyt urodziwa, ale sprawiała wrażenie szczerej i miłej. Miała na sobie strój pokojówki, który mocno kojarzył się z XIX wiekiem. Te lata bardzo dobrze kojarzyły się anielicy, przywodząc na myśl czas spędzony w Wielkiej Brytanii. Była spokojna i lekko uśmiechnięta.
- Pan przydzielił mnie jako stałą pokojówkę do pani dyspozycji. Jest siedemnasta, niedługo zostanie podana kolacja. Pan kazał mi przekazać że życzy sobie pani obecności. Mam również pomóc się pani przygotowywać.
Informacje bardzo powoli docierały do jej głowy. Myślała że będzie tu więźniem, traktowanym gorzej niż zwierzę czy przedmiot, a wygląda na to, że całkowicie się myliła... Wiedziała jednak że pozory bywają mylące, więc nie chciała się narażać temu potworowi.
- Jak masz na imię? - Zapytała cicho.
- Milena, prosze pani.
- Nie mów tak do mnie, proszę. Nie jestem żadną panią.
- Niestety nie mogę spełnić tego polecenia, bo Pan kazał mi okazywać szacunek. Mogę mówić "panienko", jeśli bardziej to odpowiada.
- Niech więc tak będzie.
Była bardzo zaskoczona. Szacunek? On wymagał, aby służba okazywała jej szacunek? Nie była przecież żadną panią, nie była nikim ważnym, tylko jego niewolnicą!
- Jak się panienka czuje?
- Już dobrze.
- W takim razie, jeśli mogę, zasugerowałabym kąpiel. Wybiorę w tym czasie coś odpowiedniego do ubrania.
Nashera skinęła tylko głową i wstała, udając się do wskazanego przez Milenę pomieszczenia.
Połączona z sypialnią łazienka była bardzo przestronna i funkcjonalna. Stojąc pod prysznicem przytknęła czoło do pokrytej beżowymi płytkami ściany, starając się uspokoić. Bała się. Wiedziała jednak że nie ma wyboru. Musiała być posłuszna. Owinąwszy się dużym, białym ręcznikiem i zawinąwszy włosy w jego mniejszy odpowiednik wychyliła głowę przez uchylone drzwi. Pokojówka podeszła do niej i z uśmiechem podała jej ubrania. Wzięła je, starając się wymusić uśmiech, mający oznaczać podziękowanie, po czym zniknęła za drzwiami. Gdy uważniej przyjrzała się trzymanej odzieży aż zakręciło jej się w głowie. Kładąc wszytko na krześle usiadła na ziemi, chowając głowę między kolanami i walcząc z mdłościami, które nachodziły ją zawsze, gdy ogarniało ją przerażenie. Była zdenerwowana i rozdarta, kompletnie nie mogąc odnaleźć się w nieznanej sytuacji. Zaczęła spokojnie oddychać, zmuszając się do odsunięcia wszelkich emocji na bok. Powoli wstała i zaczęła się ubierać. Czarna, koronkowa bielizna, sięgająca kolan sukienka w bardzo delikatnym odcieniu szarości, z koronkowymi rękawami i dekoltem. Skrzywiła się na myśl o nie osłoniętych nogach, ale zignorowała to. Buty na delikatnym obcasie dodawały jej wdzięku. Nie chciała patrzeć w lustro stojące w kącie dłużej niż było to konieczne, bo wymagało to przyjęcia do wiadomości tego, że Gabriel będzie zadowolony z jej wyglądu.
Milena pomogła jej ładnie upiąć karmelowe loki za pomocą kilku szpilek do włosów. Delikatny makijaż był jej zdaniem niezbędny. Choć Nashera bała się wyglądać ładnie, nie chcąc kusić gospodarza, nie protestowała. Pozwoliła pokojówce na wszystkie zabiegi jakie uznała za stosowne, a gdy nadeszła pora, pozwoliła jej się zaprowadzić do jadalni. Cała posiadłość była urządzona dość bogato, z dobrym smakiem. Pogrążona w ciemności, nie licząc niesionego przez służącą świecznika. Przeszło jej przez myśl, że Gabriel musi być tradycjonalistą, skoro potrafi docenić coś takiego. Szybko jednak odtrąciła ten pogląd, nie chcąc myśleć nic dobrego o kimś tak okrutnym, ani tym bardziej zauważać jakichkolwiek wspólnych cech między nimi.
Milena zatrzymała się przed dwuskrzydłowymi drzwiami. Anielica wiedziała co to oznacza. Od tej pory jest zdana na siebie, oraz na łaskę i nie łaskę gospodarza. Zawahała się z dłonią na klamce. Poczuła czyjąś dłoń na swoim ramieniu. Pokojówka patrzyła na nią ze wzrokiem pełnym otuchy. Uścisnęła jej palce, wdzięczna za okazaną sympatię, po czym odetchnęła i weszła do jadalni.
Po lewej stronie palił się kominek. Owalny stół był już zastawiony do kolacji dla dwóch osób. Na krześle przy jego przeciwnym końcu siedział on. Patrzył na nią swoimi zielonymi oczami, które zdawały się zaglądać w jej najgorsze lęki. Ubrany w szarą koszulę, z przydługimi, czarnymi włosami zaczesanymi do tyłu, patrzył na nią, jak stała przy drzwiach, starając się opanować drżenie.
- Siadaj.
Wykonała polecenie. Jego głos był spokojny i melodyjny, ale wiedziała że za tym delikatnym tonem krył się bardzo okrutny mężczyzna. Mężczyzna, którego zdecydowanie nie chciała denerwować. Wpatrywała się w swoje dłonie. Gabriel pstryknął palcami i zza drzwi za jego plecami wyszło dwóch młodych mężczyzn. Postawili przed nimi talerze i wyszli. Ciekawe ile osób służy w tej posiadłości - pomyślała. Z całą pewnością sporo.
- Jedz śmiało. Mam nadzieję że będzie Ci smakować.
Zaserwowane danie - pieczony łosoś - był rzeczywiście wspaniały, jednak przez nerwy ledwo co zjadła. Gdy skończyli, ci sami mężczyźni wynieśli naczynia. Zapadła krępująca cisza. Przynajmniej w jej odczuciu. Gabriel oparł brodę na splecionych dłoniach i przyglądał jej się, zamyślony, podczas gdy ona pozwalała sobie co najwyżej na ukradkowe zerknięcia.
- Milena dobrze wykonała swoją pracę. Jestem zadowolony.- powiedział, wstając od stołu i niespiesznie zbliżając się ku niej. Kiwnęła tylko głową, nie wiedząc jak zareagować. Strach ponownie zaczął ją ogarniać, przybierając na sile z każdym krokiem który brunet robił w jej stronę. Stanął już przy jej krześle.
- Wstań. - polecił głosem równie spokojnym co poprzednio. Wykonała polecenie. Dzieliła ich bardzo mała przestrzeń. Podniósł rękę i delikatnie przejechał czubkami długich palców po jej szyi. Usłyszał jej szybki wdech i zobaczył jak jej klatka piersiowa szybko unosi się i opada.
- Boisz się mnie? - Zapytał, patrząc jej w oczy. Delikatnie uniósł jej podbródek, zmuszając ją do utrzymania kontaktu wzrokowego.
- Tak. - Wyszeptała drżącym głosem.
- Niepotrzebnie. Twój pobyt tutaj nie musi być wcale nieprzyjemny. Wystarczy tylko że będziesz mi posłuszna, a dam ci wszystko.
Chwycił w palce pojedynczy kosmyk, który opadł jej na twarz i założył jej za ucho. Był to bardzo miły gest. Delikatny. Uspokajał ją.
- Chodź.
Pociągnął ją delikatnie za sobą, trzymając za rękę. Poszła za nim, otumaniona samym jego zapachem. Zaprowadził ją do swojej komnaty. Wyczuł że znów zaczęła się denerwować, ale nie na tyle, by musiał się tym martwić. Stojąc obok łóżka pochylił się nad nią, całując ją w usta. Z początku była niepewna, ale po chwili zaczęła delikatnie oddawać pieszczotę. Rozochocony, sięgnął ręką do brzegu jej sukienki, pociągając go ku górze, sunąc po gładkiej skórze. Wtedy dziewczyna spróbowała się odsunąć. Nie pozwolił jej na to. Jego usta sięgnęły łabędziej szyi, całując ją i podgryzając. Nashera zaczęła się wyrywać i protestować.
- Przestań! - Pisnęła.
Poczuła silne uderzenie w twarz i upadła na łóżko.
- Co ty sobie myślisz? Nie masz tu nic do powiedzenia! - Krzyczał, wściekły.
- Jesteś moja, rozumiesz? Moja! Nie po dobroci, to trudno. Sama tego chciałaś!
Zawisł nad nią, przytrzymując jej ręce nad głową. Podgryzając mleczną skórę zaczął zdejmować z niej ubranie. Próbowała się wyrywać, ale on był o wiele silniejszy. Pocałował ją, brutalnie wpychając jej język do ust. W przypływie odwagi ugryzła go. Syknął z bólu, odsuwając się. Wymierzył jej kolejny policzek. Puścił ją na chwilę, zdejmując koszulę przez głowę. Nashera chciała wykorzystać to jako szansę do ucieczki. Wysunęła się z pod niego i spróbowała zbliżyć się do przeciwległego krańca łoża. Szybko jednak poczuła ręce na swoich biodrach. Mężczyzna przyciągnął do siebie wierzgającą kobietę, rozsuwając jej nogi. Jedną ręką wygiął jej ręce za nadgarstki, a drugą zaczął zdejmować spodnie.
- Nie, błagam nie!
Krzyczała, a on nic sobie z tego nie robił. Chwytając ją za włosy spojrzał jej w oczy z okrutnym uśmieszkiem i... zrobił to. Wszedł w nią.
Po całym korytarzu można było usłyszeć jej pełne bólu krzyki. Płakała z bólu, krztusząc się własnymi łzami. Co chwilę słyszał jej łkanie.
- Proszę, błagam! Przestań, błagam!
Chlipała, w myślach błagając by już skończył. Czuła się, jak gdyby rozrywał ją od środka. Jego ręce ściskały jej ciało, potęgując ból. Po dłuższym czasie jej prośby zostały wysłuchane. Znów sprawiając jej ból, wyszedł z niej, po czym ubrał się i wyszedł na balkon. Nadal szlochając, choć każdy ruch sprawiał jej ból, zwinęła się, przykrywając się brudną już teraz pościelą. Po chwili zdarzył się kolejny cud. Zasnęła.
...........................................................
Wyszedł na balkon, żeby ochłonąć. Mroźne powietrze pozwoliło mu odzyskać jasność myślenia. Wrócił do sypialni i ledwo powstrzymał jęk. Spojrzał na to, co zrobił. Na plamy krwi. Na drżącą kobietę. Nie mógł w to uwierzyć. To on jej to zrobił... A przecież nie chciał! Chciał żeby była jego z własnej woli...
..........................................................
O w mordę, ale się porobiło... Jeśli są tu osoby, które znają mnie osobiście, to proszę o nie palenie mnie na stosie! No ale cóż, była prośba o szczegóły, to macie. Co myślicie? Niedługo następny rozdział. Komentujcie, piszcie co myślicie, co wam się podoba, a co nie. Ciau!
- Jeśli tylko ty dotrzymasz swojego. Jeśli mnie zdradzisz zabiję cię.
- To groźba?
- Raczej ostrzeżenie. I pamiętaj: on ma pozostać nietknięty. To moja karta przetargowa.
- Nie rozumiem, przecież tak czy inaczej nie dowie się że coś z nim nie tak.
- Dowie się. On ma jej moc, są połączeni. To działa tylko w jedną stronę, ona wie co się z nim dzieje, ale on nie wie nawet o jej istnieniu.
- Dobra, dobra! Skończ swoje wykłady. Zrobię jak chcesz.
..................................................................
Nashera otworzyła oczy. Widziała jak przez mgłę. Czuła silny ból w całym ciele, ale najbardziej dokuczała jej głowa. Miała wrażenie że mózg zaraz rozsadzi jej czaszkę. Wydawało jej się że światło razi ją, więc zamknęła oczy licząc, że przyniesie to ulgę. Znów zemdlała.
..........................................................
Tym razem czuła się inaczej. Było jej błogo, miękko i ciepło. Czuła się słaba, ale ból już ustał. Rozejrzała się. Leżała w łóżku. Choć bardziej odpowiednim słowem byłoby łoże. Było ogromne, wysokie i dość miękkie, choć nie zbytnio. Pościel w kolorach bieli i głębokiego błękitu, haftowany baldachim. Cała sypialnia była ogromna i przestronna, urządzona z rozmachem, ale nie przesadzona. Dość jasna, choć nie przytłaczająca. Łóżko znajdowało się na niewielkim podwyższeniu, obok niego szafka nocna. Po lewej wysokie okna, przesłonięte ciężkimi zasłonami. Na przeciwko drzwi. Boazeria i kwiecista tapeta, wyglądająca na drogą. Nie mogła uwierzyć że znajduje się w tak pięknym miejscu... Zaraz jednak przypomniała sobie okoliczności, które na to wpłynęły. Miała tu być więźniem.
Nie jest tak źle... Zawsze mogło być gorzej. Próbowała się pocieszyć, ale mimo to w oczach stanęły jej łzy. Chciała wrócić do domu, do ukochanego. Ale to było niemożliwe, bo ona już dla niego nie istniała. Teraz była niewolnicą Gabriela. Prawda, druzgocąca prawda, runęła na nią z porażającą siłą. Nie była już w stanie powstrzymać się od płaczu. Łkała jak nigdy, chowając twarz w miękkie poduszki. Czuła się bezwartościowa, a nawet jej jeszcze nie dotknął. Nie miała pojęcia jak poradzi sobie z takim poniżeniem, skoro już teraz czuła się jak... Nie. Nie jak dziwka. Dziwka miała wybór, a ona nie. Była jego właściwością. Nie mogła dopuścić do siebie myśli, że ten potwór będzie ją dotykał. Że to on będzie tym pierwszym, tym, który zabierze to, co zachowała dla ukochanego, bo zawsze marzyła że to będzie wyjątkowa chwila, którą spędzi z Urielem. Płakała jak zranione dziecko, a po kilku godzinach, gdy już zmęczyła się łzami, nadeszła gorzka obojętność, odcinając jej ból choćby cienką warstwą od skraju świadomości. Leżała tak, zwinięta pod pierzyną, aż nagle drzwi się delikatnie otworzyły i ktoś wszedł. Jej serce zamarło na moment, po czym rozpoczęło szaleńczy galop, ale nie poruszyła się. Ktoś odchrząknął. Nagle dotarło do niej, że to był kobiecy głos. Podniosła się do siadu i spojrzała na młodą kobietę stojącą w drzwiach. Nie była wysoka ani zbyt urodziwa, ale sprawiała wrażenie szczerej i miłej. Miała na sobie strój pokojówki, który mocno kojarzył się z XIX wiekiem. Te lata bardzo dobrze kojarzyły się anielicy, przywodząc na myśl czas spędzony w Wielkiej Brytanii. Była spokojna i lekko uśmiechnięta.
- Pan przydzielił mnie jako stałą pokojówkę do pani dyspozycji. Jest siedemnasta, niedługo zostanie podana kolacja. Pan kazał mi przekazać że życzy sobie pani obecności. Mam również pomóc się pani przygotowywać.
Informacje bardzo powoli docierały do jej głowy. Myślała że będzie tu więźniem, traktowanym gorzej niż zwierzę czy przedmiot, a wygląda na to, że całkowicie się myliła... Wiedziała jednak że pozory bywają mylące, więc nie chciała się narażać temu potworowi.
- Jak masz na imię? - Zapytała cicho.
- Milena, prosze pani.
- Nie mów tak do mnie, proszę. Nie jestem żadną panią.
- Niestety nie mogę spełnić tego polecenia, bo Pan kazał mi okazywać szacunek. Mogę mówić "panienko", jeśli bardziej to odpowiada.
- Niech więc tak będzie.
Była bardzo zaskoczona. Szacunek? On wymagał, aby służba okazywała jej szacunek? Nie była przecież żadną panią, nie była nikim ważnym, tylko jego niewolnicą!
- Jak się panienka czuje?
- Już dobrze.
- W takim razie, jeśli mogę, zasugerowałabym kąpiel. Wybiorę w tym czasie coś odpowiedniego do ubrania.
Nashera skinęła tylko głową i wstała, udając się do wskazanego przez Milenę pomieszczenia.
Połączona z sypialnią łazienka była bardzo przestronna i funkcjonalna. Stojąc pod prysznicem przytknęła czoło do pokrytej beżowymi płytkami ściany, starając się uspokoić. Bała się. Wiedziała jednak że nie ma wyboru. Musiała być posłuszna. Owinąwszy się dużym, białym ręcznikiem i zawinąwszy włosy w jego mniejszy odpowiednik wychyliła głowę przez uchylone drzwi. Pokojówka podeszła do niej i z uśmiechem podała jej ubrania. Wzięła je, starając się wymusić uśmiech, mający oznaczać podziękowanie, po czym zniknęła za drzwiami. Gdy uważniej przyjrzała się trzymanej odzieży aż zakręciło jej się w głowie. Kładąc wszytko na krześle usiadła na ziemi, chowając głowę między kolanami i walcząc z mdłościami, które nachodziły ją zawsze, gdy ogarniało ją przerażenie. Była zdenerwowana i rozdarta, kompletnie nie mogąc odnaleźć się w nieznanej sytuacji. Zaczęła spokojnie oddychać, zmuszając się do odsunięcia wszelkich emocji na bok. Powoli wstała i zaczęła się ubierać. Czarna, koronkowa bielizna, sięgająca kolan sukienka w bardzo delikatnym odcieniu szarości, z koronkowymi rękawami i dekoltem. Skrzywiła się na myśl o nie osłoniętych nogach, ale zignorowała to. Buty na delikatnym obcasie dodawały jej wdzięku. Nie chciała patrzeć w lustro stojące w kącie dłużej niż było to konieczne, bo wymagało to przyjęcia do wiadomości tego, że Gabriel będzie zadowolony z jej wyglądu.
Milena pomogła jej ładnie upiąć karmelowe loki za pomocą kilku szpilek do włosów. Delikatny makijaż był jej zdaniem niezbędny. Choć Nashera bała się wyglądać ładnie, nie chcąc kusić gospodarza, nie protestowała. Pozwoliła pokojówce na wszystkie zabiegi jakie uznała za stosowne, a gdy nadeszła pora, pozwoliła jej się zaprowadzić do jadalni. Cała posiadłość była urządzona dość bogato, z dobrym smakiem. Pogrążona w ciemności, nie licząc niesionego przez służącą świecznika. Przeszło jej przez myśl, że Gabriel musi być tradycjonalistą, skoro potrafi docenić coś takiego. Szybko jednak odtrąciła ten pogląd, nie chcąc myśleć nic dobrego o kimś tak okrutnym, ani tym bardziej zauważać jakichkolwiek wspólnych cech między nimi.
Milena zatrzymała się przed dwuskrzydłowymi drzwiami. Anielica wiedziała co to oznacza. Od tej pory jest zdana na siebie, oraz na łaskę i nie łaskę gospodarza. Zawahała się z dłonią na klamce. Poczuła czyjąś dłoń na swoim ramieniu. Pokojówka patrzyła na nią ze wzrokiem pełnym otuchy. Uścisnęła jej palce, wdzięczna za okazaną sympatię, po czym odetchnęła i weszła do jadalni.
Po lewej stronie palił się kominek. Owalny stół był już zastawiony do kolacji dla dwóch osób. Na krześle przy jego przeciwnym końcu siedział on. Patrzył na nią swoimi zielonymi oczami, które zdawały się zaglądać w jej najgorsze lęki. Ubrany w szarą koszulę, z przydługimi, czarnymi włosami zaczesanymi do tyłu, patrzył na nią, jak stała przy drzwiach, starając się opanować drżenie.
- Siadaj.
Wykonała polecenie. Jego głos był spokojny i melodyjny, ale wiedziała że za tym delikatnym tonem krył się bardzo okrutny mężczyzna. Mężczyzna, którego zdecydowanie nie chciała denerwować. Wpatrywała się w swoje dłonie. Gabriel pstryknął palcami i zza drzwi za jego plecami wyszło dwóch młodych mężczyzn. Postawili przed nimi talerze i wyszli. Ciekawe ile osób służy w tej posiadłości - pomyślała. Z całą pewnością sporo.
- Jedz śmiało. Mam nadzieję że będzie Ci smakować.
Zaserwowane danie - pieczony łosoś - był rzeczywiście wspaniały, jednak przez nerwy ledwo co zjadła. Gdy skończyli, ci sami mężczyźni wynieśli naczynia. Zapadła krępująca cisza. Przynajmniej w jej odczuciu. Gabriel oparł brodę na splecionych dłoniach i przyglądał jej się, zamyślony, podczas gdy ona pozwalała sobie co najwyżej na ukradkowe zerknięcia.
- Milena dobrze wykonała swoją pracę. Jestem zadowolony.- powiedział, wstając od stołu i niespiesznie zbliżając się ku niej. Kiwnęła tylko głową, nie wiedząc jak zareagować. Strach ponownie zaczął ją ogarniać, przybierając na sile z każdym krokiem który brunet robił w jej stronę. Stanął już przy jej krześle.
- Wstań. - polecił głosem równie spokojnym co poprzednio. Wykonała polecenie. Dzieliła ich bardzo mała przestrzeń. Podniósł rękę i delikatnie przejechał czubkami długich palców po jej szyi. Usłyszał jej szybki wdech i zobaczył jak jej klatka piersiowa szybko unosi się i opada.
- Boisz się mnie? - Zapytał, patrząc jej w oczy. Delikatnie uniósł jej podbródek, zmuszając ją do utrzymania kontaktu wzrokowego.
- Tak. - Wyszeptała drżącym głosem.
- Niepotrzebnie. Twój pobyt tutaj nie musi być wcale nieprzyjemny. Wystarczy tylko że będziesz mi posłuszna, a dam ci wszystko.
Chwycił w palce pojedynczy kosmyk, który opadł jej na twarz i założył jej za ucho. Był to bardzo miły gest. Delikatny. Uspokajał ją.
- Chodź.
Pociągnął ją delikatnie za sobą, trzymając za rękę. Poszła za nim, otumaniona samym jego zapachem. Zaprowadził ją do swojej komnaty. Wyczuł że znów zaczęła się denerwować, ale nie na tyle, by musiał się tym martwić. Stojąc obok łóżka pochylił się nad nią, całując ją w usta. Z początku była niepewna, ale po chwili zaczęła delikatnie oddawać pieszczotę. Rozochocony, sięgnął ręką do brzegu jej sukienki, pociągając go ku górze, sunąc po gładkiej skórze. Wtedy dziewczyna spróbowała się odsunąć. Nie pozwolił jej na to. Jego usta sięgnęły łabędziej szyi, całując ją i podgryzając. Nashera zaczęła się wyrywać i protestować.
- Przestań! - Pisnęła.
Poczuła silne uderzenie w twarz i upadła na łóżko.
- Co ty sobie myślisz? Nie masz tu nic do powiedzenia! - Krzyczał, wściekły.
- Jesteś moja, rozumiesz? Moja! Nie po dobroci, to trudno. Sama tego chciałaś!
Zawisł nad nią, przytrzymując jej ręce nad głową. Podgryzając mleczną skórę zaczął zdejmować z niej ubranie. Próbowała się wyrywać, ale on był o wiele silniejszy. Pocałował ją, brutalnie wpychając jej język do ust. W przypływie odwagi ugryzła go. Syknął z bólu, odsuwając się. Wymierzył jej kolejny policzek. Puścił ją na chwilę, zdejmując koszulę przez głowę. Nashera chciała wykorzystać to jako szansę do ucieczki. Wysunęła się z pod niego i spróbowała zbliżyć się do przeciwległego krańca łoża. Szybko jednak poczuła ręce na swoich biodrach. Mężczyzna przyciągnął do siebie wierzgającą kobietę, rozsuwając jej nogi. Jedną ręką wygiął jej ręce za nadgarstki, a drugą zaczął zdejmować spodnie.
- Nie, błagam nie!
Krzyczała, a on nic sobie z tego nie robił. Chwytając ją za włosy spojrzał jej w oczy z okrutnym uśmieszkiem i... zrobił to. Wszedł w nią.
Po całym korytarzu można było usłyszeć jej pełne bólu krzyki. Płakała z bólu, krztusząc się własnymi łzami. Co chwilę słyszał jej łkanie.
- Proszę, błagam! Przestań, błagam!
Chlipała, w myślach błagając by już skończył. Czuła się, jak gdyby rozrywał ją od środka. Jego ręce ściskały jej ciało, potęgując ból. Po dłuższym czasie jej prośby zostały wysłuchane. Znów sprawiając jej ból, wyszedł z niej, po czym ubrał się i wyszedł na balkon. Nadal szlochając, choć każdy ruch sprawiał jej ból, zwinęła się, przykrywając się brudną już teraz pościelą. Po chwili zdarzył się kolejny cud. Zasnęła.
...........................................................
Wyszedł na balkon, żeby ochłonąć. Mroźne powietrze pozwoliło mu odzyskać jasność myślenia. Wrócił do sypialni i ledwo powstrzymał jęk. Spojrzał na to, co zrobił. Na plamy krwi. Na drżącą kobietę. Nie mógł w to uwierzyć. To on jej to zrobił... A przecież nie chciał! Chciał żeby była jego z własnej woli...
..........................................................
O w mordę, ale się porobiło... Jeśli są tu osoby, które znają mnie osobiście, to proszę o nie palenie mnie na stosie! No ale cóż, była prośba o szczegóły, to macie. Co myślicie? Niedługo następny rozdział. Komentujcie, piszcie co myślicie, co wam się podoba, a co nie. Ciau!
piątek, 25 grudnia 2015
Skrzydlate upadki rozdział 6
Nashera biegła ile sił w nogach. Musiała się Śpieszyć. Dopadła drzwi siedziby i pchnęła je. Całkowicie ignorując wołania stróża, że Orifel ma teraz bardzo ważne spotkanie i nie wolno mu przeszkadzać, zaczęła biec po schodach, przeskakując po kilka stopni na raz. Musiała coś zrobić, bez względu na wszystko...
.............................................................
Pukanie do drzwi stało się bardzo natarczywe. Zdezorientowana podeszła i otworzyła. Na progu stali trzej policjanci. Serce w jej klatce piersiowej rozpoczęło szaleńczy galop spowodowany panicznym strachem o to, co mogło się stać.
- W czym mogę pomóc?
- Czy przebywa tu niejaki Uriel Dąbski?
- Owszem, ale o co chodzi?
- Czy możemy wejść?
Zaprosiła ich do środka bojąc się coraz bardziej o los ukochanego, który właśnie wszedł do pomieszczenia.
- Jest Pan aresztowany za posiadanie fałszywych dokumentów i za inne wykroczenia mogące w skutkach doprowadzić do trwałego uszczerbku na zdrowiu lub śmierci wielu osób.
- Co proszę?
Nashera była w szoku, nie wiedziała, co się dzieje. Policja zabrała ich na komisariat. Okazało się, że któryś z przesłuchiwanych handlarzy narkotyków wskazał Uriela jako jednego z nich , posiadającego fałszywe papiery, świeżo przybyłego zza granicy. Twierdził, że dziewczyna o niczym nie wie, bo Uriel ją omotał i kilka dni temu zaczął ich znajomość, wprowadzając się do niej niemal od razu. Nie było żadnych dowodów na jej powiązanie ze sprawą, podobnie jak na niewinność Uriela. Dopełnił to jeszcze fakt, że jego dokumenty miały mankamenty właściwe podrobionym przez tamtych ludzi. Zatrzymali go, a dziewczynę wypuścili. Gdy tylko znalazła się poza zasięgiem ich wzroku puściła się dzikim pędem przez miasto, nie zwarzając na zmęczenie, światła ani mijanych ludzi. Potrzebowała pomocy.
............................................................
Otworzyła drzwi do gabinetu Orifela, nie zwracając uwagi na to, że przerywa mu spotkanie, i, od progu, zaczęła mówić.
- Orifel, wybacz, ale to sprawa wielkiej wagi, Uriela właśnie...
- Wiem - przerwał jej. Stał, opierając się tyłem o biurko, jak gdyby nigdy nic, ubrany w garniturowe spodnie i niebieską koszulę. Całkowicie rozluźniony. Nagle drzwi za kobietą zatrzasnęły się z hukiem. Podskoczyła, zaskoczona, dopiero teraz zauważając postać kryjącą się w cieniu. Odwróciła się do przyjaciela, zdezorientowana.
- Orifel, co się tu dzieje? Uriel potrzebuje pomocy...
- Pomaganie mu nie leży w moim interesie.
- Co ty mówisz? - Była całkowicie zszokowana.
- Klan nie może zwracać na siebie tyle uwagi. Nie poświęcę dla niego bezpieczeństwa nas wszystkich.
- Ale on jest niewinny! Chcesz tak poprostu pozwolić im go mi zabrać?! Oni go wsadzą do więzienia! Dokumenty które od ciebie dostał miały mankamenty, wiedzieli, że są fałszywe! Chcesz to tak zostawić?!
- Dokładnie. Bo powiedz mi, dlaczego miałbym mu pomagać, skoro to nie da mi żadnych zysków?
- Czy ty wiesz co mówisz?! Zysków?! On był twoim przyjacielem!
- Stara zasada biznesu - trzymaj się tych, którzy są silni.
- Co się z tobą stało?! Co ja mam teraz niby zrobić?!
Zamyślił się, widocznie zadowolony z siebie.
- To zależy od ciebie. Jak wiele jesteś w stanie dla niego poświęcić?
- Wszystko. - Odparła bez cienia wahania.
- Nawet gdybym go z tego wyciągnął, byłby obserwowany, a my mielibyśmy problemy. Jedynym wyjściem było by, żeby wyciągnął go ktoś inny, i żeby Uriel ukrył się tam, gdzie go nie znajdą. W zastępach niebieskich.
- Uriel upadł! Jak ty to sobie wyobrażasz?
- Możesz oddać mu swoje skrzydła. Całą swoją moc, która uczyni go znów nieśmiertelnym aniołem, który nie zna miłości innej niż ta, którą znać powinien.
Nashera była w szoku. Patrzyła na niego, ale go nie widziała. Pękło jej serce. Jeśli go ocali, nigdy go już nie zobaczy. Zapomni o niej i o jej miłości. Zostanie włączony do anielskich zastępów, które nie potrafią tak kochać. Oboje będą nieśmiertelni, odzieleni na zawsze od siebie. Będzie cierpieć sama, znów będzie sama... Bez skrzydeł, bez mocy, bez Uriela... Ale czy miała jakiś wybór?
- Kto przekaże mu moją moc? Musi to zrobić ktoś inny, ja nie dam rady...
- Zdaję sobie z tego sprawę. I akurat jest ktoś taki... Ale jego pomoc słono kosztuje.
- Zrobię wszystko... Tylko proszę... pomóż mu...
Jej głos zaczął się łamać od bólu, który rozrywał ją od środka. Z cienia za nią zaczął się wyłaniać zapomniany mężczyzna. Wysoka, smukła postać o włosach czarnych jak węgiel i niesamowicie zielonych oczach.
- Nie zrobię tego za nic. Moja pomoc będzie cię kosztować.
Nashera odwróciła się do niego, cierpiąca i zdezorientowana. Gdy tylko spojrzała na niego, otworzyła szeroko oczy i cofnęła się, przestraszona. Nie mogła uwierzyć w to, co widzi.
- Gabriel...?
Mężczyzna uśmiechnął się przebiegle, zadowolony z siebie. Powolnymi, majestatycznymi ruchami polującego drapieżnika zaczął się do niej zbliżać, a ona oddalała się od niego, idąc do tyłu, byle jak najdalej od niego. Jego spojrzenie było straszne. Widać w nim było zabójczą mieszankę samozadowolenia, głodu i poczucia władzy, którą miał nad przestraszoną kobietą. Spojrzała na Orifela, szukając u niego pomocy. Ale w jego oczach zobaczyła tylko strach i posłuszeństwo wobec anioła.
- Co to wszystko znaczy? - Jej głos, wydobywający się z zaciśniętego gardła, był chrapliwy i niewiele głośniejszy od szeptu.
- Układ sił się zmienia. A ja zawsze trzymam z silniejszymi. Tobie też to doradzam. Tylko on może pomóc Urielowi.
Spojrzała na niego. Teraz zrozumiała swoją wizję. Układ sił się zmieniał. Gabriel spiskował z Lucyferem, żeby przejąć władzę. Wciągnął w to Orifela, bo miał wpływy na ziemi ludzi, zastawili na nią pułapkę, wykorzystując jej przywiązanie do Uriela. A ona wpadła prosto w ich sidła. Stała na drodze do własnej zguby, gdzie nie było możliwości powrotu ani żadnych rozwiązań, żeby uciec. Mogła tylko kroczyć do przodu wytyczoną przez nich trasą. Nie rozumiała tylko...
- Dlaczego ja? Do czego jestem wam potrzebna? Nie mam nic na czym mogłoby wam zależeć. Co mam zrobić? Czego żądacie w zamian za pomoc? Nie mam nic...
- Ja nie żądam niczego. Mnie wystarczy, że Gabriel dostanie, czego chce.
Nashera spojrzała pytająco na stojącego zaledwie kilka kroków od niej mężczyznę. Jego uśmiech stał się jeszcze szerszy i jeszcze bardziej przerażający.
- Nie masz nic, czym mogłabyś zapłacić za wolność i bezpieczeństwo Uriela?
Pokręciła głową, coraz bardziej bojąc się tego co może wymyślić ktoś jego pokroju.
- A mnie się Wydaje że jednak masz. Coś, co ponoć ludzie cenią bardziej od złota i bogactw, zwłaszcza w tym kraju. Coś na czego pochwałę śpiewają pieśni i za co giną. - Znów zaczął się do niej przybliżać, a ona znów się cofała. Zadrżała ze strachu, gdy jej plecy spotkały się z zimną powierzchnią ściany. Poczuła się jak zapędzone w kozi róg zwierzę. Oddychała szybko, przerażona. Gabriel gwałtownie oparł ręce po bokach jej głowy, odcinając jej wszystkie możliwości ucieczki. Wpatrywała się w niego, sparaliżowana strachem. Nachylił się nad drżącą kobietą i wyszeptał jej do ucha lekko ochrypłym głosem:
- Twoja wolność, w zamian za jego.
Odsunął się nagle, jak gdyby nigdy nic i wpatrywał z widocznym oczekiwaniem w drżącą, przerażoną kobietę. Widać było, że ten widok bardzo mu się podoba, że podoba mu się to, jak na nią działa, jaką wielką ma nad nią władzę. Zamknęła oczy, a z pod jej powiek wymknęła się jedna, pojedyncza łza.
- Nie dajecie mi żadnego wyboru. Zgadzam się.
Gabriel uśmiechnął się jeszcze szerzej, zadowolony z efektów swoich starań. Podszedł do niej i wyciągnął rękę w jej kierunku. W momencie gdy ją uścisnęła poczuła się bardzo słaba, a całe jej ciało przeszły spazmy bólu. Nie mogąc się powstrzymać zaczęła, przez zaciśnięte zęby, wyć z bólu i wyginać się. Przestała kontrolować swoje ciało. Gabriel przyciągnął ją do siebie i zamknął szczelnie w ramionach, nie pozwalając jej zrobić sobie samej krzywdy. Wyrywała się zarówno z bólu jak i z chęci ucieczki od niego i strachu. Orifel odwrócił się, nie mogąc patrzeć na ból jaki jej sprawiano. Choć nie chciał, musiał być posłuszny woli Gabriela.
Po chwili wszystko się uspokoiło. Dziewczyna była tak wyczerpana cierpieniem i nadmiarem emocji. Jej delikatna natura nie mogła znieś otoczenia przez tyle zła. Trzymała się jedynie na skraju świadomości, nie mając sił wyrywać się wciąż trzymającemu ją mężczyźnie. Pozwoliła sobie na chwilę odpoczynku, opierając się o niego całkowicie. Wiedziała, że niewielki z resztą ciężar jej ciała jest niczym dla anioła. Odebrał jej moc. Znosiła ten ból z myślą, że dzięki niej Uriel będzie bezpieczny. Nie mając już sił, odpłynęła w ciemność, zamykając oczy.
..............................................................
Artur odsunął się od drzwi, przy których tak gorliwie podsłuchiwał i zerkał przez dziurkę od klucza. Nie mógł w to uwierzyć... Musiał coś zrobić, i to teraz, zaraz! Pognał w dół schodów do wyjścia, już złapał za klamkę, już otwierał drzwi gdy...
- Wybierasz się gdzieś? - Zapytał mężczyzna o niemiłym głosie, stojący po drugiej stronie.
Stróż chciał się na niego rzucić, ale jeden cios w głowę wystarczył, by go skutecznie ogłuszyć.
................................................
I jak tam, Robaczki? Wow, szósty rozdział a my już tak daleko... Ale teraz główny wątek fabularny zwolni, dzięki czemu będziemy mieli więcej sposobności do zajmowania się naszą dwójką. Nie zdradzę wiele, ale uprzedzam, że będzie się działo. Nieubłaganie zbliżamy się do... powiedzmy sobie "bardziej stymulujących wątków ". Czekam na wasze komentarze, uwagi i (być może) jakieś ciekawe teorie czy koncepcje. A może ktoś ma jakieś pytania? Piszcie śmiało.
Ps. Jako że nie uznaję świątecznych one-shotów postanowiłam w ramach prezentu świątecznego podarować wam poprostu nowy rozdział. Nie bijcie wy, którzy je lubicie! XD
.............................................................
Pukanie do drzwi stało się bardzo natarczywe. Zdezorientowana podeszła i otworzyła. Na progu stali trzej policjanci. Serce w jej klatce piersiowej rozpoczęło szaleńczy galop spowodowany panicznym strachem o to, co mogło się stać.
- W czym mogę pomóc?
- Czy przebywa tu niejaki Uriel Dąbski?
- Owszem, ale o co chodzi?
- Czy możemy wejść?
Zaprosiła ich do środka bojąc się coraz bardziej o los ukochanego, który właśnie wszedł do pomieszczenia.
- Jest Pan aresztowany za posiadanie fałszywych dokumentów i za inne wykroczenia mogące w skutkach doprowadzić do trwałego uszczerbku na zdrowiu lub śmierci wielu osób.
- Co proszę?
Nashera była w szoku, nie wiedziała, co się dzieje. Policja zabrała ich na komisariat. Okazało się, że któryś z przesłuchiwanych handlarzy narkotyków wskazał Uriela jako jednego z nich , posiadającego fałszywe papiery, świeżo przybyłego zza granicy. Twierdził, że dziewczyna o niczym nie wie, bo Uriel ją omotał i kilka dni temu zaczął ich znajomość, wprowadzając się do niej niemal od razu. Nie było żadnych dowodów na jej powiązanie ze sprawą, podobnie jak na niewinność Uriela. Dopełnił to jeszcze fakt, że jego dokumenty miały mankamenty właściwe podrobionym przez tamtych ludzi. Zatrzymali go, a dziewczynę wypuścili. Gdy tylko znalazła się poza zasięgiem ich wzroku puściła się dzikim pędem przez miasto, nie zwarzając na zmęczenie, światła ani mijanych ludzi. Potrzebowała pomocy.
............................................................
Otworzyła drzwi do gabinetu Orifela, nie zwracając uwagi na to, że przerywa mu spotkanie, i, od progu, zaczęła mówić.
- Orifel, wybacz, ale to sprawa wielkiej wagi, Uriela właśnie...
- Wiem - przerwał jej. Stał, opierając się tyłem o biurko, jak gdyby nigdy nic, ubrany w garniturowe spodnie i niebieską koszulę. Całkowicie rozluźniony. Nagle drzwi za kobietą zatrzasnęły się z hukiem. Podskoczyła, zaskoczona, dopiero teraz zauważając postać kryjącą się w cieniu. Odwróciła się do przyjaciela, zdezorientowana.
- Orifel, co się tu dzieje? Uriel potrzebuje pomocy...
- Pomaganie mu nie leży w moim interesie.
- Co ty mówisz? - Była całkowicie zszokowana.
- Klan nie może zwracać na siebie tyle uwagi. Nie poświęcę dla niego bezpieczeństwa nas wszystkich.
- Ale on jest niewinny! Chcesz tak poprostu pozwolić im go mi zabrać?! Oni go wsadzą do więzienia! Dokumenty które od ciebie dostał miały mankamenty, wiedzieli, że są fałszywe! Chcesz to tak zostawić?!
- Dokładnie. Bo powiedz mi, dlaczego miałbym mu pomagać, skoro to nie da mi żadnych zysków?
- Czy ty wiesz co mówisz?! Zysków?! On był twoim przyjacielem!
- Stara zasada biznesu - trzymaj się tych, którzy są silni.
- Co się z tobą stało?! Co ja mam teraz niby zrobić?!
Zamyślił się, widocznie zadowolony z siebie.
- To zależy od ciebie. Jak wiele jesteś w stanie dla niego poświęcić?
- Wszystko. - Odparła bez cienia wahania.
- Nawet gdybym go z tego wyciągnął, byłby obserwowany, a my mielibyśmy problemy. Jedynym wyjściem było by, żeby wyciągnął go ktoś inny, i żeby Uriel ukrył się tam, gdzie go nie znajdą. W zastępach niebieskich.
- Uriel upadł! Jak ty to sobie wyobrażasz?
- Możesz oddać mu swoje skrzydła. Całą swoją moc, która uczyni go znów nieśmiertelnym aniołem, który nie zna miłości innej niż ta, którą znać powinien.
Nashera była w szoku. Patrzyła na niego, ale go nie widziała. Pękło jej serce. Jeśli go ocali, nigdy go już nie zobaczy. Zapomni o niej i o jej miłości. Zostanie włączony do anielskich zastępów, które nie potrafią tak kochać. Oboje będą nieśmiertelni, odzieleni na zawsze od siebie. Będzie cierpieć sama, znów będzie sama... Bez skrzydeł, bez mocy, bez Uriela... Ale czy miała jakiś wybór?
- Kto przekaże mu moją moc? Musi to zrobić ktoś inny, ja nie dam rady...
- Zdaję sobie z tego sprawę. I akurat jest ktoś taki... Ale jego pomoc słono kosztuje.
- Zrobię wszystko... Tylko proszę... pomóż mu...
Jej głos zaczął się łamać od bólu, który rozrywał ją od środka. Z cienia za nią zaczął się wyłaniać zapomniany mężczyzna. Wysoka, smukła postać o włosach czarnych jak węgiel i niesamowicie zielonych oczach.
- Nie zrobię tego za nic. Moja pomoc będzie cię kosztować.
Nashera odwróciła się do niego, cierpiąca i zdezorientowana. Gdy tylko spojrzała na niego, otworzyła szeroko oczy i cofnęła się, przestraszona. Nie mogła uwierzyć w to, co widzi.
- Gabriel...?
Mężczyzna uśmiechnął się przebiegle, zadowolony z siebie. Powolnymi, majestatycznymi ruchami polującego drapieżnika zaczął się do niej zbliżać, a ona oddalała się od niego, idąc do tyłu, byle jak najdalej od niego. Jego spojrzenie było straszne. Widać w nim było zabójczą mieszankę samozadowolenia, głodu i poczucia władzy, którą miał nad przestraszoną kobietą. Spojrzała na Orifela, szukając u niego pomocy. Ale w jego oczach zobaczyła tylko strach i posłuszeństwo wobec anioła.
- Co to wszystko znaczy? - Jej głos, wydobywający się z zaciśniętego gardła, był chrapliwy i niewiele głośniejszy od szeptu.
- Układ sił się zmienia. A ja zawsze trzymam z silniejszymi. Tobie też to doradzam. Tylko on może pomóc Urielowi.
Spojrzała na niego. Teraz zrozumiała swoją wizję. Układ sił się zmieniał. Gabriel spiskował z Lucyferem, żeby przejąć władzę. Wciągnął w to Orifela, bo miał wpływy na ziemi ludzi, zastawili na nią pułapkę, wykorzystując jej przywiązanie do Uriela. A ona wpadła prosto w ich sidła. Stała na drodze do własnej zguby, gdzie nie było możliwości powrotu ani żadnych rozwiązań, żeby uciec. Mogła tylko kroczyć do przodu wytyczoną przez nich trasą. Nie rozumiała tylko...
- Dlaczego ja? Do czego jestem wam potrzebna? Nie mam nic na czym mogłoby wam zależeć. Co mam zrobić? Czego żądacie w zamian za pomoc? Nie mam nic...
- Ja nie żądam niczego. Mnie wystarczy, że Gabriel dostanie, czego chce.
Nashera spojrzała pytająco na stojącego zaledwie kilka kroków od niej mężczyznę. Jego uśmiech stał się jeszcze szerszy i jeszcze bardziej przerażający.
- Nie masz nic, czym mogłabyś zapłacić za wolność i bezpieczeństwo Uriela?
Pokręciła głową, coraz bardziej bojąc się tego co może wymyślić ktoś jego pokroju.
- A mnie się Wydaje że jednak masz. Coś, co ponoć ludzie cenią bardziej od złota i bogactw, zwłaszcza w tym kraju. Coś na czego pochwałę śpiewają pieśni i za co giną. - Znów zaczął się do niej przybliżać, a ona znów się cofała. Zadrżała ze strachu, gdy jej plecy spotkały się z zimną powierzchnią ściany. Poczuła się jak zapędzone w kozi róg zwierzę. Oddychała szybko, przerażona. Gabriel gwałtownie oparł ręce po bokach jej głowy, odcinając jej wszystkie możliwości ucieczki. Wpatrywała się w niego, sparaliżowana strachem. Nachylił się nad drżącą kobietą i wyszeptał jej do ucha lekko ochrypłym głosem:
- Twoja wolność, w zamian za jego.
Odsunął się nagle, jak gdyby nigdy nic i wpatrywał z widocznym oczekiwaniem w drżącą, przerażoną kobietę. Widać było, że ten widok bardzo mu się podoba, że podoba mu się to, jak na nią działa, jaką wielką ma nad nią władzę. Zamknęła oczy, a z pod jej powiek wymknęła się jedna, pojedyncza łza.
- Nie dajecie mi żadnego wyboru. Zgadzam się.
Gabriel uśmiechnął się jeszcze szerzej, zadowolony z efektów swoich starań. Podszedł do niej i wyciągnął rękę w jej kierunku. W momencie gdy ją uścisnęła poczuła się bardzo słaba, a całe jej ciało przeszły spazmy bólu. Nie mogąc się powstrzymać zaczęła, przez zaciśnięte zęby, wyć z bólu i wyginać się. Przestała kontrolować swoje ciało. Gabriel przyciągnął ją do siebie i zamknął szczelnie w ramionach, nie pozwalając jej zrobić sobie samej krzywdy. Wyrywała się zarówno z bólu jak i z chęci ucieczki od niego i strachu. Orifel odwrócił się, nie mogąc patrzeć na ból jaki jej sprawiano. Choć nie chciał, musiał być posłuszny woli Gabriela.
Po chwili wszystko się uspokoiło. Dziewczyna była tak wyczerpana cierpieniem i nadmiarem emocji. Jej delikatna natura nie mogła znieś otoczenia przez tyle zła. Trzymała się jedynie na skraju świadomości, nie mając sił wyrywać się wciąż trzymającemu ją mężczyźnie. Pozwoliła sobie na chwilę odpoczynku, opierając się o niego całkowicie. Wiedziała, że niewielki z resztą ciężar jej ciała jest niczym dla anioła. Odebrał jej moc. Znosiła ten ból z myślą, że dzięki niej Uriel będzie bezpieczny. Nie mając już sił, odpłynęła w ciemność, zamykając oczy.
..............................................................
Artur odsunął się od drzwi, przy których tak gorliwie podsłuchiwał i zerkał przez dziurkę od klucza. Nie mógł w to uwierzyć... Musiał coś zrobić, i to teraz, zaraz! Pognał w dół schodów do wyjścia, już złapał za klamkę, już otwierał drzwi gdy...
- Wybierasz się gdzieś? - Zapytał mężczyzna o niemiłym głosie, stojący po drugiej stronie.
Stróż chciał się na niego rzucić, ale jeden cios w głowę wystarczył, by go skutecznie ogłuszyć.
................................................
I jak tam, Robaczki? Wow, szósty rozdział a my już tak daleko... Ale teraz główny wątek fabularny zwolni, dzięki czemu będziemy mieli więcej sposobności do zajmowania się naszą dwójką. Nie zdradzę wiele, ale uprzedzam, że będzie się działo. Nieubłaganie zbliżamy się do... powiedzmy sobie "bardziej stymulujących wątków ". Czekam na wasze komentarze, uwagi i (być może) jakieś ciekawe teorie czy koncepcje. A może ktoś ma jakieś pytania? Piszcie śmiało.
Ps. Jako że nie uznaję świątecznych one-shotów postanowiłam w ramach prezentu świątecznego podarować wam poprostu nowy rozdział. Nie bijcie wy, którzy je lubicie! XD
środa, 16 grudnia 2015
Skrzydlate upadki rozdział 5
Usiedli na niebieskiej kanapie stojącej w rogu gabinetu. Orifel usiadł na fotelu naprzeciwko nich. Uriel zerknął na swoją ukochaną. Siedziała dziwnie sztywno, jak gdyby była spięta; gotowa do ataku... lub obrony. Ich rozmówca również wydawał się dziwnie podenerwowany. Atmosfera zgęstniała, niczym odstawiona do lodówki galaretka.
- Orifel, nie zamierzam owijać w bawełnę. Uriel potrzebuje tożsamości a ja pracy.
Upadły anioł znacznie się rozluźnił. Sprawy biznesowe natychmiast pochłonęły całą trójkę. Nashera dostała nową pracę i papiery świadczące o wykształceniu. Z Urielem był większy problem. O ile imię mogło pozostać niezmienione, ze względu na "wychowanie w bardzo katolickiej rodzinie ", o tyle nazwisko było kwestią trudną. Orifel kategorycznie nie chciał się zgodzić na nadanie mu jej nazwiska i uznanie Ich za małżeństwo. Twierdził że zbyt wiele osób ją zna, a poza tym sprawiłoby mu to masę problemów. Było to naprawdę dziwne, ale ostatecznie Uriel wyszedł z gabinetu jako Uriel Dąbski. Dziwnie to brzmiało, ale nie chciał porzucić swojego imienia. Było to zrozumiałe - to jedyne co mu pozostało. Pożegnawszy się z młodym stróżem wrócili do domu.
- Orifel bardzo się zmienił.
- Jak my wszyscy. Nie mieliśmy wyboru. Nie jest nam łatwo na tej ziemi.
- Nie uważasz że trochę przesadził z tym nazwiskiem?
- Coś mi tu śmierdzi. Jego wyjaśnienie miało sens, ale bez przesady. Martwię się. On coś knuje, czuję to.
........................................................
Telefon odezwał się o umówionej godzinie, jak zwykle z rażącą punktualnością. Orifel niechętnie podniósł słuchawkę.
- Pisałeś że masz problem. O co chodzi? - Przemówił głos.
- Uriel wrócił.
W jego głosie słychać było napięcie i strach przed reakcją rozmówcy. Przez chwilę panowała kompletna cisza, by, kilka sekund później odezwał się ponownie, przerażająco spokojny.
- Znalazł ją już?
- Byli u mnie dzisiaj. Ona chciała pracę a on dane osobowe. Chcieli... chcieli mieć wspólne nazwisko, ale im to wyperswadowałem...
- Dobrze. Jeszcze tego by mi brakowało... To nawet dobrze że on tu jest. Dasz radę go w coś wrobić? Coś z czego bez nas się nie wykaraska, ale bez przesady, nie chcę żeby się nią zainteresowali. Mają go wsadzić, a ona ma błagać o pomoc.
- Dam radę. Tylko że...
- Wątpliwości?
- Dlaczego nie weźmiesz jej sobie od razu?
W słuchawce rozbrzmiał cichy śmiech, który przyprawiał o gęsią skórkę.
- Chcę żeby przyszła do mnie z własnej woli. Nie chcę jej złamać. Jej duma dostarczy jej cierpień większych niż mógłbym dać ja. Chcę na to patrzeć. Jak jej urażona godność sprawia jej ból, a wszystko to moja sprawka...
Głos był ochrypły i dziwnie nieobecny, jak gdyby te wszystkie okropności go podniecały. Oether drżał, po czole spływał mu zimny pot. Bał się swojego rozmówcy. Dało się to usłyszeć w jego głosie.
- W... W takim razie zrobię jak każesz.
Odłożył słuchawkę czym prędzej, nadal drżąc na wspomnienie kończącego rozmowę śmiechu. Nie chciał mieć z nim nic wspólnego, ale nie miał wyjścia. Trzeba trzymać się silniejszych, zwłaszcza, jeśli to oni będą za chwilę rozdawać światu karty do gry bez zasad.
..........................................................
W pokoju nie paliło się ani jedno światło. Jedynym jego źródłem był blask metropolii wpadający przez szyby balkonu. Postać stojąca przy szybie miała nieobecny wzrok, całkowicie ignorując tętniące życiem, nawet w tak ciemną noc, miasto. Wysoki, smukły mężczyzna pogrążony był w swoim własnym świecie. Jego umysł sięgał dalej niż sięga wzrok, do odległych światów i krain. Do karmelowych włosów pewnej młodej kobiety. Do jej niezwykle pięknych, lazurowych oczu, okolonych czarnymi rzęsami. Do jej kobiecej, kuszącej sylwetki i delikatnego, bladego ciała, nieskalanego dotykiem rąk...
Uderzył czołem o szybę. Wystarczy!!! Jeszcze nie teraz... Ale już niedługo. Już niedługo nie będzie musiał się z tym kryć. Już niedługo będzie jego... Wkrótce setki lat ciągłych kłamstw, oszustw i szantaży dadzą efekt. Już niedługo zaspokoi targającą nim od tysięcy lat żądzę. Zerknął na swoją dłoń. W zaciśniętej pięści trzymał szczątki telefonu. Zmiażdżył go gołą ręką. Zamknął oczy by się uspokoić. Musi nad tym panować. Pomimo wszystko, nie chciał zrobić tego samego z nią. Sam już nie wiedział. Chciał ją skrzywdzić, chciał żeby mu ufała, żeby była tylko jego. W każdym aspekcie. Ale wiedział jedno: chciał jej, i nie miał zamiaru pozwolić komukolwiek, żeby stanął mu na drodze.
................................................
Trochę mnie nie było, ale wena nie sługa, poza tym... Pliis, błagam o komentarze XD to byłby mega motywator, jestem pewna że od razu wrzuciłabym nowy post. A tak to aż się odechciewa... Odpowiedzi na postawione ostatnio pytania: już wiecie; pewnie się domyślacie; nadal szuka ; tak. W najbliższym czasie, czyli jeszcze przed świętami, mam zamiar wstawić nowy i dużo dłuższy post. I tutaj pytanie dla was. Pewnie się domyślacie co się będzie niedługo działo. A jak nie to UWAGA SPOJLER! Będziecie chcieli wersję bardziej odpowiednią ( czytaj: okrojoną ze wszystkich pikantniejszych szczegółów) , czy może odwrotnie? Tę kwestię pozostawiam wam do rozstrzygnięcia w komentarzach, piszcie co chcecie a czego nie. Jeśli coś wam nie pasuje, obojętnie czy są to moje ewentualne błędy, strona graficzna czy treść, piszcie, z chęcią przyjmę krytykę i dostosuję się do waszych oczekiwań 😊
- Orifel, nie zamierzam owijać w bawełnę. Uriel potrzebuje tożsamości a ja pracy.
Upadły anioł znacznie się rozluźnił. Sprawy biznesowe natychmiast pochłonęły całą trójkę. Nashera dostała nową pracę i papiery świadczące o wykształceniu. Z Urielem był większy problem. O ile imię mogło pozostać niezmienione, ze względu na "wychowanie w bardzo katolickiej rodzinie ", o tyle nazwisko było kwestią trudną. Orifel kategorycznie nie chciał się zgodzić na nadanie mu jej nazwiska i uznanie Ich za małżeństwo. Twierdził że zbyt wiele osób ją zna, a poza tym sprawiłoby mu to masę problemów. Było to naprawdę dziwne, ale ostatecznie Uriel wyszedł z gabinetu jako Uriel Dąbski. Dziwnie to brzmiało, ale nie chciał porzucić swojego imienia. Było to zrozumiałe - to jedyne co mu pozostało. Pożegnawszy się z młodym stróżem wrócili do domu.
- Orifel bardzo się zmienił.
- Jak my wszyscy. Nie mieliśmy wyboru. Nie jest nam łatwo na tej ziemi.
- Nie uważasz że trochę przesadził z tym nazwiskiem?
- Coś mi tu śmierdzi. Jego wyjaśnienie miało sens, ale bez przesady. Martwię się. On coś knuje, czuję to.
........................................................
Telefon odezwał się o umówionej godzinie, jak zwykle z rażącą punktualnością. Orifel niechętnie podniósł słuchawkę.
- Pisałeś że masz problem. O co chodzi? - Przemówił głos.
- Uriel wrócił.
W jego głosie słychać było napięcie i strach przed reakcją rozmówcy. Przez chwilę panowała kompletna cisza, by, kilka sekund później odezwał się ponownie, przerażająco spokojny.
- Znalazł ją już?
- Byli u mnie dzisiaj. Ona chciała pracę a on dane osobowe. Chcieli... chcieli mieć wspólne nazwisko, ale im to wyperswadowałem...
- Dobrze. Jeszcze tego by mi brakowało... To nawet dobrze że on tu jest. Dasz radę go w coś wrobić? Coś z czego bez nas się nie wykaraska, ale bez przesady, nie chcę żeby się nią zainteresowali. Mają go wsadzić, a ona ma błagać o pomoc.
- Dam radę. Tylko że...
- Wątpliwości?
- Dlaczego nie weźmiesz jej sobie od razu?
W słuchawce rozbrzmiał cichy śmiech, który przyprawiał o gęsią skórkę.
- Chcę żeby przyszła do mnie z własnej woli. Nie chcę jej złamać. Jej duma dostarczy jej cierpień większych niż mógłbym dać ja. Chcę na to patrzeć. Jak jej urażona godność sprawia jej ból, a wszystko to moja sprawka...
Głos był ochrypły i dziwnie nieobecny, jak gdyby te wszystkie okropności go podniecały. Oether drżał, po czole spływał mu zimny pot. Bał się swojego rozmówcy. Dało się to usłyszeć w jego głosie.
- W... W takim razie zrobię jak każesz.
Odłożył słuchawkę czym prędzej, nadal drżąc na wspomnienie kończącego rozmowę śmiechu. Nie chciał mieć z nim nic wspólnego, ale nie miał wyjścia. Trzeba trzymać się silniejszych, zwłaszcza, jeśli to oni będą za chwilę rozdawać światu karty do gry bez zasad.
..........................................................
W pokoju nie paliło się ani jedno światło. Jedynym jego źródłem był blask metropolii wpadający przez szyby balkonu. Postać stojąca przy szybie miała nieobecny wzrok, całkowicie ignorując tętniące życiem, nawet w tak ciemną noc, miasto. Wysoki, smukły mężczyzna pogrążony był w swoim własnym świecie. Jego umysł sięgał dalej niż sięga wzrok, do odległych światów i krain. Do karmelowych włosów pewnej młodej kobiety. Do jej niezwykle pięknych, lazurowych oczu, okolonych czarnymi rzęsami. Do jej kobiecej, kuszącej sylwetki i delikatnego, bladego ciała, nieskalanego dotykiem rąk...
Uderzył czołem o szybę. Wystarczy!!! Jeszcze nie teraz... Ale już niedługo. Już niedługo nie będzie musiał się z tym kryć. Już niedługo będzie jego... Wkrótce setki lat ciągłych kłamstw, oszustw i szantaży dadzą efekt. Już niedługo zaspokoi targającą nim od tysięcy lat żądzę. Zerknął na swoją dłoń. W zaciśniętej pięści trzymał szczątki telefonu. Zmiażdżył go gołą ręką. Zamknął oczy by się uspokoić. Musi nad tym panować. Pomimo wszystko, nie chciał zrobić tego samego z nią. Sam już nie wiedział. Chciał ją skrzywdzić, chciał żeby mu ufała, żeby była tylko jego. W każdym aspekcie. Ale wiedział jedno: chciał jej, i nie miał zamiaru pozwolić komukolwiek, żeby stanął mu na drodze.
................................................
Trochę mnie nie było, ale wena nie sługa, poza tym... Pliis, błagam o komentarze XD to byłby mega motywator, jestem pewna że od razu wrzuciłabym nowy post. A tak to aż się odechciewa... Odpowiedzi na postawione ostatnio pytania: już wiecie; pewnie się domyślacie; nadal szuka ; tak. W najbliższym czasie, czyli jeszcze przed świętami, mam zamiar wstawić nowy i dużo dłuższy post. I tutaj pytanie dla was. Pewnie się domyślacie co się będzie niedługo działo. A jak nie to UWAGA SPOJLER! Będziecie chcieli wersję bardziej odpowiednią ( czytaj: okrojoną ze wszystkich pikantniejszych szczegółów) , czy może odwrotnie? Tę kwestię pozostawiam wam do rozstrzygnięcia w komentarzach, piszcie co chcecie a czego nie. Jeśli coś wam nie pasuje, obojętnie czy są to moje ewentualne błędy, strona graficzna czy treść, piszcie, z chęcią przyjmę krytykę i dostosuję się do waszych oczekiwań 😊
niedziela, 22 listopada 2015
Skrzydlate upadki rozdział 4
Dwie skryte w cieniu postaci stały pod wysokim klonem, dyskutując zawzięcie. Męskie głosy przecinały ciszę nocy. Jeden z nich był nieprzyjemny i chrapliwy, drugi delikatny i gładki, choć zimny.
- Dlaczego miałbym przystać na ten układ? - Zapytał mężczyzna o niemiłym głosie.
- Nie masz nic do stracenia. Jeśli nie wyjdzie, nic na tym nie stracisz.
- Nie tobie to rozsądzać!
- Powierzam ci proste zadanie.
- Jakie?! Proste?! To ma być żart?!
- Nie wydzieraj się. Jeśli się uda, wszyscy na tym skorzystamy. Oboje wiemy że obecny porządek jest niesprawiedliwy. Te nędzne robaki dostają wszystko, a nas gromią. Piotr i Michał zbyt długo wchodzą nam w drogę. Strategia jest ustalona i jasna; trzymaj się planu, a wszyscy na tym skorzystamy.
- A jakie ty będziesz miał z tego korzyści?
- Tym się nie przejmuj. Nie pragnę władzy. Ale pamiętaj - gdy ją przejmiesz, ja będę miał spokój. Jasne? Skrawek tylko dla mnie, z dala od twoich wpływów.
- Niech ci będzie.
Skinąwszy sobie na pożegnanie, poszli w całkowicie odmiennych kierunkach. Jeden z nich usilnie starał się odgonić przed powrotem wspomnienie karmelowych włosów, i trwającą w jego umyśle od tysięcy lat wizję. Wizję związaną z właścicielką najpiękniejszej twarzy na świecie, wizję, którą miał zamiar wkrótce wcielić w życie.
...................................................................
Nashera stała przy otwartym oknie w nadziei, że zimne, nocne powietrze wypędzi z jej głowy resztki wizji. To było bez sensu. Nie miała wizji od kilkudziesięciu lat, a teraz tak nagle miałaby się pojawić? Z całego serca chciała uwierzyć że był to tylko sen, jednak dobrze znane uczucie zimna przeczyło wszelkim resztkom nadziei. Zamknęła okno zrezygnowana. To przecież niemożliwe... Dobrze znała głosy, które nadal rozbrzmiewały w jej głowie. Ale to było tak nierealne... Gabriel i Lucyfer? Przejęcie władzy? To musiał być tylko zwykły sen. Zerknęła na zegar. 4:30. Nie było sensu kłaść się spać. Zamiast tego zaczęła przygotowywać śniadanie, sprzątać, robić dosłownie wszystko, by odpędzić od siebie mroczne myśli.
............................................................
Uriel radził sobie z nową żeczywistością o wiele lepiej niż mogła się spodziewać. Po śniadaniu udali się na zakupy. A właściwie najpierw Nashera poszła kupić mu kilka rzeczy, by mógł opuścić dom ubrany w coś więcej niż zbyt małe spodnie od dresu. Kilka godzin chodzenia po sklepach skutecznie zepsuło obojgu nastrój, dlatego dla relaksu siedzieli teraz na poduszkach pod oknem. Ona czytała na głos książkę, a on przysłuchiwał się opowieści. Kryminał wciągnął oboje, zaczęli nawet wymieniać się teoriami na temat możliwej tożsamości zbrodniarza gdy nagle odezwał się telefon. Dziewczyna odebrała i od razu pożałowała.
- Taka jesteś chora?! Nie ma to jak mały wypad na zakupy dla zdrowotności! Co?! Zwalniam cię!
Głos w słuchawce został zastąpiony miarowym pikaniem.
- Czy coś się stało?
- Właśnie straciłam pracę.
- I co teraz?
- Pójdę po ostatnią wypłatę i poszukam nowej...
- A jakiej?
- Może tłumacza? Znam w końcu wiele języków... Ale jest problem.
- Jaki? Przecież jako nieśmiertelna znasz je doskonale.
- No właśnie. Nie mam żadnych szkół, żadnych papierów, żadnych zaświadczeń. Wygląda na to że znów muszę skorzystać z pomocy.
- Jakiej pomocy?
- Wielu jest takich jak my. Na przestrzeni setek lat udało nam się złapać między sobą kontakt. Jesteśmy rozproszeni na całym świecie, ale staramy się trzymać razem. Na przykład tutaj, w Polsce, jest kilka klanów.
- Klanów?
- Tak nazywamy nasze grupy. Jesteśmy jak rodzina. Mamy tylko siebie, więc musimy być stale czujni, trzymamy się razem i nie ufamy obcym. To cena przetrwania. W pewnym sensie tworzymy coś na kształt mafii. Mamy idealne miejsce - nie za wysoko, żeby się nami nie interesowano, ale dostatecznie by mieć możliwości. Możemy godnie funkcjonować głównie dzięki fałszywym papierom, dlatego musimy mieć wpływy. Ważne firmy to nasza branża. Przynoszą zyski dość duże by wszystko organizować i dość niskie, by się nami zbytnio nie interesować.
- Ciężko mi uwierzyć że robisz coś takiego...
- Nie robię. Dlatego żyję skromnie. Ja tylko od czasu do czasu pomagam. Tylko dlatego że należę do klanu i Potrzebuję jego pomocy. Nie jestem tam nikim znaczącym.
Westchnęłam. Chyba nie mam wyboru... Muszę.
- Ty też będziesz musiał w tym uczestniczyć.
- Jakto?
- Nie możesz pozostać duchem. Nie masz żadnych dokumentów, zaświadczeń, niczego. Nie przeżyjesz w tym świecie. Nie mówię że teraz ale... w przyszłości.
- Dobrze. No to... gdzie idziemy?
- Chodź. Im wcześniej się tym zajmiemy tym szybciej będziemy mieli to za sobą.
.........................................................
Dwie postaci szły bocznymi uliczkami miasta. Były to jedne z tych dzielnic w które lepiej nie zapuszczać się samemu. Wilgotne powietrze przesycone było deszczem i wonią rozkładających się liści. Weszli do jednego z budynków i podeszli do siedzącego przy recepcji młodego chłopaka. W całym korytarzu rozbrzmiewały dzięki Angry Birds dochodzące z jego komórki. Nashera zdjęła kaptur i pochyliła się nam nim.
- Nieźle, ale celuj trochę wyżej.
Podskoczył zaskoczony.
- Nash! Bo zawału dostanę!
- Cliff, co ty tu robisz?
Uśmiechnęła się do niego i podała rękę w geście powitania.
- Ćśś! Teraz nie jestem Cliff, mów mi Artur. I uprzedzam, działam tutaj pod przykrywką, to tajna misja.
- A co masz ustalić?
- Tożsamość tego pajaca co mi wykrada cukier z szafki! Co za gnój, nie wie że nocny stróż nie przeżyje bez kawy?!
- Artur czy Cliff, słownictwo zawsze pozostanie to samo, co nie?
- To moja wizytówka. A kim jest twój kolega?
Zapytał, zerkając podejrzliwie na dopiero co zauważonego chłopaka. Zdjął kaptur kurtki a stróż odskoczył na bok.
- O żesz kurwa w dupę kopana! Uriel, stary, czy to ty?!
- Na to wygląda.
- Ale jak... co się... Ale ty...
- Spokojnie - upomniała go dziewczyna - Nie gorączkuj się tak. Pogadamy potem, teraz potrzebuję pilnie skontaktować się z Orifelem.
- Jasne jasne. Daj no mi tylko momencik.
Cofnął się do pomieszczenia stróżów i zaczął gorączkowo z kimś rozmawiać. Po chwili jego kudłata głowa wychyliła się przez róg.
- Szefu ma fazę na wiązanki, zanim skończy to wy już będziecie na górze. Idźcie śmiało. Acha, Uriel! Bo bym zapomniał. Wiesz... fajnie cię znowu widzieć.
- Dzięki.
Zaczęli wspinać się po obskurnych schodach. Wszystko wyglądało niczym stare przedwojenne blokowisko. Nic nie wskazywało na to, że może to być siedziba upadłych aniołów. Dopiero gdy weszli na wyższe piętro ich oczom ukazał się skąpany w przyjemnym świetle świec korytarz o dość skromnym, ale bardzo przyjemnym biało - czarno - niebieskim wystroju. Na końcu korytarza były lśniące podwójne drzwi z ciemnego drewna. Nashera bez cienia wahania nacisnęła klamkę i otworzyła drzwi.
- I powiem Ci coś jeszcze, jeśli jeszcze raz dowiem się że...
W tym momencie urwał. Odwróciwszy się i zobaczywszy kto stał w jego drzwiach stanął jak wryty z telefonem przy uchu i kubkiem kawy w połowie drogi do ust.
- Dokończymy później - zdołał tylko wymamrotać do słuchawki i odłożył ją na aparat telefoniczny. Jego złociste loki i lazurowe oczy zamarły, jak gdyby dostrzegając powagę sytuacji. Opalona skóra nieco zaburzała realny obraz, ale Nashera była prawie pewna że zbladł. Poluzował niebieski krawat jak gdyby zrobiło mu się gorąco.
- Czyli jednak plotki nie kłamią. Nasz drogi cherubin dołączył do grona upadłych. Witaj w naszych szeregach.
...........................................
ŁO MATKO ALE MNIE DŁUGO NIE BYŁO! No ale cóż, liceum to nie przelewki. Uczy się człowiek a na zaliczeniu tak czy inaczej trója XD Nie zabijajcie mnie, ale nie wiem kiedy dodam następną notkę. Na swoją obronę dodam, że wszystkie dotychczasowe posty są pisane na komórce XD postaram się poprawić i dodać coś jak najszybciej. Mamy tutaj już zawiązek akcji, będziemy rozwijać ten wątek.
Gorąca prośba o pozostawienie komentarzy!
I na koniec pytanie dla was: Czemu Orifel tak dziwnie zareagował? Co knuje Gabriel? Czy Artur złapie tego kto kradnie mu cukier? Czy były szef naszej bohaterki wścieka się tak, bo męskie stringi piją go w tyłek? Dowiecie się już w następnym odcinku XD
- Dlaczego miałbym przystać na ten układ? - Zapytał mężczyzna o niemiłym głosie.
- Nie masz nic do stracenia. Jeśli nie wyjdzie, nic na tym nie stracisz.
- Nie tobie to rozsądzać!
- Powierzam ci proste zadanie.
- Jakie?! Proste?! To ma być żart?!
- Nie wydzieraj się. Jeśli się uda, wszyscy na tym skorzystamy. Oboje wiemy że obecny porządek jest niesprawiedliwy. Te nędzne robaki dostają wszystko, a nas gromią. Piotr i Michał zbyt długo wchodzą nam w drogę. Strategia jest ustalona i jasna; trzymaj się planu, a wszyscy na tym skorzystamy.
- A jakie ty będziesz miał z tego korzyści?
- Tym się nie przejmuj. Nie pragnę władzy. Ale pamiętaj - gdy ją przejmiesz, ja będę miał spokój. Jasne? Skrawek tylko dla mnie, z dala od twoich wpływów.
- Niech ci będzie.
Skinąwszy sobie na pożegnanie, poszli w całkowicie odmiennych kierunkach. Jeden z nich usilnie starał się odgonić przed powrotem wspomnienie karmelowych włosów, i trwającą w jego umyśle od tysięcy lat wizję. Wizję związaną z właścicielką najpiękniejszej twarzy na świecie, wizję, którą miał zamiar wkrótce wcielić w życie.
...................................................................
Nashera stała przy otwartym oknie w nadziei, że zimne, nocne powietrze wypędzi z jej głowy resztki wizji. To było bez sensu. Nie miała wizji od kilkudziesięciu lat, a teraz tak nagle miałaby się pojawić? Z całego serca chciała uwierzyć że był to tylko sen, jednak dobrze znane uczucie zimna przeczyło wszelkim resztkom nadziei. Zamknęła okno zrezygnowana. To przecież niemożliwe... Dobrze znała głosy, które nadal rozbrzmiewały w jej głowie. Ale to było tak nierealne... Gabriel i Lucyfer? Przejęcie władzy? To musiał być tylko zwykły sen. Zerknęła na zegar. 4:30. Nie było sensu kłaść się spać. Zamiast tego zaczęła przygotowywać śniadanie, sprzątać, robić dosłownie wszystko, by odpędzić od siebie mroczne myśli.
............................................................
Uriel radził sobie z nową żeczywistością o wiele lepiej niż mogła się spodziewać. Po śniadaniu udali się na zakupy. A właściwie najpierw Nashera poszła kupić mu kilka rzeczy, by mógł opuścić dom ubrany w coś więcej niż zbyt małe spodnie od dresu. Kilka godzin chodzenia po sklepach skutecznie zepsuło obojgu nastrój, dlatego dla relaksu siedzieli teraz na poduszkach pod oknem. Ona czytała na głos książkę, a on przysłuchiwał się opowieści. Kryminał wciągnął oboje, zaczęli nawet wymieniać się teoriami na temat możliwej tożsamości zbrodniarza gdy nagle odezwał się telefon. Dziewczyna odebrała i od razu pożałowała.
- Taka jesteś chora?! Nie ma to jak mały wypad na zakupy dla zdrowotności! Co?! Zwalniam cię!
Głos w słuchawce został zastąpiony miarowym pikaniem.
- Czy coś się stało?
- Właśnie straciłam pracę.
- I co teraz?
- Pójdę po ostatnią wypłatę i poszukam nowej...
- A jakiej?
- Może tłumacza? Znam w końcu wiele języków... Ale jest problem.
- Jaki? Przecież jako nieśmiertelna znasz je doskonale.
- No właśnie. Nie mam żadnych szkół, żadnych papierów, żadnych zaświadczeń. Wygląda na to że znów muszę skorzystać z pomocy.
- Jakiej pomocy?
- Wielu jest takich jak my. Na przestrzeni setek lat udało nam się złapać między sobą kontakt. Jesteśmy rozproszeni na całym świecie, ale staramy się trzymać razem. Na przykład tutaj, w Polsce, jest kilka klanów.
- Klanów?
- Tak nazywamy nasze grupy. Jesteśmy jak rodzina. Mamy tylko siebie, więc musimy być stale czujni, trzymamy się razem i nie ufamy obcym. To cena przetrwania. W pewnym sensie tworzymy coś na kształt mafii. Mamy idealne miejsce - nie za wysoko, żeby się nami nie interesowano, ale dostatecznie by mieć możliwości. Możemy godnie funkcjonować głównie dzięki fałszywym papierom, dlatego musimy mieć wpływy. Ważne firmy to nasza branża. Przynoszą zyski dość duże by wszystko organizować i dość niskie, by się nami zbytnio nie interesować.
- Ciężko mi uwierzyć że robisz coś takiego...
- Nie robię. Dlatego żyję skromnie. Ja tylko od czasu do czasu pomagam. Tylko dlatego że należę do klanu i Potrzebuję jego pomocy. Nie jestem tam nikim znaczącym.
Westchnęłam. Chyba nie mam wyboru... Muszę.
- Ty też będziesz musiał w tym uczestniczyć.
- Jakto?
- Nie możesz pozostać duchem. Nie masz żadnych dokumentów, zaświadczeń, niczego. Nie przeżyjesz w tym świecie. Nie mówię że teraz ale... w przyszłości.
- Dobrze. No to... gdzie idziemy?
- Chodź. Im wcześniej się tym zajmiemy tym szybciej będziemy mieli to za sobą.
.........................................................
Dwie postaci szły bocznymi uliczkami miasta. Były to jedne z tych dzielnic w które lepiej nie zapuszczać się samemu. Wilgotne powietrze przesycone było deszczem i wonią rozkładających się liści. Weszli do jednego z budynków i podeszli do siedzącego przy recepcji młodego chłopaka. W całym korytarzu rozbrzmiewały dzięki Angry Birds dochodzące z jego komórki. Nashera zdjęła kaptur i pochyliła się nam nim.
- Nieźle, ale celuj trochę wyżej.
Podskoczył zaskoczony.
- Nash! Bo zawału dostanę!
- Cliff, co ty tu robisz?
Uśmiechnęła się do niego i podała rękę w geście powitania.
- Ćśś! Teraz nie jestem Cliff, mów mi Artur. I uprzedzam, działam tutaj pod przykrywką, to tajna misja.
- A co masz ustalić?
- Tożsamość tego pajaca co mi wykrada cukier z szafki! Co za gnój, nie wie że nocny stróż nie przeżyje bez kawy?!
- Artur czy Cliff, słownictwo zawsze pozostanie to samo, co nie?
- To moja wizytówka. A kim jest twój kolega?
Zapytał, zerkając podejrzliwie na dopiero co zauważonego chłopaka. Zdjął kaptur kurtki a stróż odskoczył na bok.
- O żesz kurwa w dupę kopana! Uriel, stary, czy to ty?!
- Na to wygląda.
- Ale jak... co się... Ale ty...
- Spokojnie - upomniała go dziewczyna - Nie gorączkuj się tak. Pogadamy potem, teraz potrzebuję pilnie skontaktować się z Orifelem.
- Jasne jasne. Daj no mi tylko momencik.
Cofnął się do pomieszczenia stróżów i zaczął gorączkowo z kimś rozmawiać. Po chwili jego kudłata głowa wychyliła się przez róg.
- Szefu ma fazę na wiązanki, zanim skończy to wy już będziecie na górze. Idźcie śmiało. Acha, Uriel! Bo bym zapomniał. Wiesz... fajnie cię znowu widzieć.
- Dzięki.
Zaczęli wspinać się po obskurnych schodach. Wszystko wyglądało niczym stare przedwojenne blokowisko. Nic nie wskazywało na to, że może to być siedziba upadłych aniołów. Dopiero gdy weszli na wyższe piętro ich oczom ukazał się skąpany w przyjemnym świetle świec korytarz o dość skromnym, ale bardzo przyjemnym biało - czarno - niebieskim wystroju. Na końcu korytarza były lśniące podwójne drzwi z ciemnego drewna. Nashera bez cienia wahania nacisnęła klamkę i otworzyła drzwi.
- I powiem Ci coś jeszcze, jeśli jeszcze raz dowiem się że...
W tym momencie urwał. Odwróciwszy się i zobaczywszy kto stał w jego drzwiach stanął jak wryty z telefonem przy uchu i kubkiem kawy w połowie drogi do ust.
- Dokończymy później - zdołał tylko wymamrotać do słuchawki i odłożył ją na aparat telefoniczny. Jego złociste loki i lazurowe oczy zamarły, jak gdyby dostrzegając powagę sytuacji. Opalona skóra nieco zaburzała realny obraz, ale Nashera była prawie pewna że zbladł. Poluzował niebieski krawat jak gdyby zrobiło mu się gorąco.
- Czyli jednak plotki nie kłamią. Nasz drogi cherubin dołączył do grona upadłych. Witaj w naszych szeregach.
...........................................
ŁO MATKO ALE MNIE DŁUGO NIE BYŁO! No ale cóż, liceum to nie przelewki. Uczy się człowiek a na zaliczeniu tak czy inaczej trója XD Nie zabijajcie mnie, ale nie wiem kiedy dodam następną notkę. Na swoją obronę dodam, że wszystkie dotychczasowe posty są pisane na komórce XD postaram się poprawić i dodać coś jak najszybciej. Mamy tutaj już zawiązek akcji, będziemy rozwijać ten wątek.
Gorąca prośba o pozostawienie komentarzy!
I na koniec pytanie dla was: Czemu Orifel tak dziwnie zareagował? Co knuje Gabriel? Czy Artur złapie tego kto kradnie mu cukier? Czy były szef naszej bohaterki wścieka się tak, bo męskie stringi piją go w tyłek? Dowiecie się już w następnym odcinku XD
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)