Autorski wiersz
Upadłeś, Upadłeś mój drogi.
Upadłeś, i zawitałeś w me progi.
Wyrwali ci skrzydła, podarli szaty,
Boś chciał się wyrwać zza ich "świętej kraty ''.
A byłeś wielkim niegdyś cherubinem,
Teraz- wystawionyś na trwogę i kpinę.
Ja ostrzegałam: uciekaj od razu.
Nie chciałeś złamać Bożego zakazu.
Uciekłam sama, ukryłam na ziemi,
Okryta tylko skrzydłami memi.
Cierpiałam, płakałam, ale przetrwałam.
Zostałam sama, a nigdy nie chciałam.
Teraz i ciebie tutaj zesłano,
Na ból, na smutek, na niemoc skazano.
To twoja kara za miłość do mnie,
Przestroga: niech każdy inny na zakaz pomnie.
Teraz już zawsze będziemy razem,
Na Ziemi, boskim spleceni rozkazem.
Nauczę cię jak wieźć człowiecze życie.
Jak sobie radzić w odmiennym bycie.
Zaleczę twe rany
Po skrzydłach wyrwanych.
A jeśli deszcz spadnie, ja cię ochronię.
Własnymi skrzydłami przed światem osłonię.
............................................................................
Kolejny nudny dzień w pracy minął jak z bicza strzelił. Ten kto myśli że praca w księgarni jest łatwa zasługuje na porządnego kopa w d... A zresztą... Najważniejsze że to już koniec. Kocham tę pracę, dzięki niej mam dość pieniędzy żeby płacić czynsz za swoją maleńką kawalerkę, no i żeby się jakoś wyżywić i ubrać... Ale niektórzy ludzie doprowadzają mnie do szału. No bo jak można przyjść do księgarni nie znając ani tytułu, ani autora, z opisem fabuły mętnym jak woda w publicznej toalecie, i w dodatku mieć pretensje o to, że nie mogę znaleźć tej książki?! A już najgorsze jest to, że muszę być miła dla każdego... Eh...
Wysiadłam z autobusu dwa przystanki wcześniej. Mam ochotę się przejść. Idę spokojną alejką wśród klonów i brzóz, podziwiając uroki późnej jesieni. Czerwone, żółte i brązowe liście wyglądają pięknie. Świat pachnie zbliżającym się deszczem i wilgotną jeszcze ziemią. Ostatnie promienie zachodu słońca muskają moją bladą twarz. Karmelowe włosy targa wiatr, ale nie przeszkadza mi to. Uśmiecham się i idę dalej.
Dochodzę do domu w chwili gdy zaczyna padać. Szybko wyciągam klucze i otwieram drzwi, po czym zamykam je od środka. Rozglądam się po swoim skromnym mieszkaniu. Pomieszczenie w którym się znajduję jest niewielkie, ale przestronne. W rogu stoi kuchenka gazowa, obok zlew. Dwie wiszące szawki, malutka lodówka. Nie potrzeba mi zbyt wiele. Po prawej stronie jest okno i niewielki fioletowy dywan, niski czarny stolik i kilka poduch. Po lewej stół i cztery krzesła. Nigdy nie korzystałam z więcej niż jednego na raz. Nikt tu nigdy nie przychodzi, chyba że po czynsz. Dalej jest dwoje drzwi i szafa. Jedne drzwi kryją łazienkę, drugie sypialnię. No, może moje Mieszkanko wcale nie jest aż tak małe. Ja tam je lubię. Całe jest urządzone w kolorach bieli, czerni, fioletu i ciepłych, miękkich szarości. Całkiem dobrze mi się układa... Zdjęłam swoje czarne botki i postawiłam przy drzwiach. Odwiesiłam kurtkę do szafy i podeszłam do lodówki. Zdaje się że zostało tu jeszcze coś z wczorajszego obiadu... Nie? No cóż... Wyciągam więc ser, jajka i mleko, z szawki wyciągam mąkę i miskę i przygotowuję ciasto na naleśniki. Gdy jest gotowe kroję trochę sera w kostkę i dorzucam. Uwielbiam takie proste jedzenie...
Po kolacji idę do łazienki. Odkręcam wodę... A może by tak... Wzdycham. To nie jest dobry pomysł. Zerkam w duże lustro wiszące no ścianie. Mogę się w nim przejrzeć cała... Wystające żebra, blada skóra... W sumie to nawet się sobie podobam. Tylko że ten obraz jest tak żałośnie niepełny... W sumie... Czemu by jednak nie? Zamykam oczy i rozkładam skrzydła. Są tak duże że nie mogę ich rozłożyć całkowicie, ale opatulam się nimi. Sam dotyk miękkich piór działa na mnie kojąco. Znów czuję się prawie sobą. Prawie. Potrząsam głową i wchodzę pod prysznic. Ciepła woda nieco oddala ode mnie smutne myśli. Spływa po białych piórach i po włosach... To miłe uczucie. Nieomal mogę zapomnieć...
Leżę w łóżku i nie mogę spać. Mam dziwne wrażenie że dzieje się coś niedobrego. Tyle bym dała żeby znów go zobaczyć... Od setek lat moje serce nie było o niego tak niespokojne. Kulę się pod kołdrą i poddaję się. Zaczynam go wspominać, choć to tak bardzo boli... Zapadam w niespokojną drzemkę, z której budzi mnie niespodziewany łoskot. Zrywam się przerażona. Serce chyba zaraz wyskoczy mi z piersi... Ten hałas dobiegł z pod drzwi do mojego mieszkania... Powoli podchodzę do drzwi, nie pewna czy mam je otworzyć czy nie... Decyduję się jednak to zrobić. To co zastaję po drugiej stronie jest zupełnie niespodziewane. Przede mną leży młody chłopak... Jest nagi a na plecach ma dwie ogromne, długie, poszarpane rany z których płynie krew... Widziałam już takie wiele razy. Znam je zbyt dobrze by mieć jakiekolwiek wątpliwości. Błagam, żeby to nie był on... Powoli klękam przy nieprzytomnym i drżącymi rękoma odwracam jego czarnowłosą głowę tak, by zobaczyć jego twarz... Krzyk zamiera mi w gardle gdy zdaję sobie sprawę na kogo patrzę... Wszędzie poznałabym jego twarz...
- Uriel... - szepczę.
Wiersz piękny! *^*
OdpowiedzUsuń*docenia, bo marny z niego poeta*
Zapowiada się ciekawie, choć dziwnie mi się czyta w czasie teraźniejszym (wiadomo, większość książek i opowiadań jest napisana w przeszłym), ale to w żadnym wypadku nie wada.
Cienki jestem w pisaniu komentarzy, ale chociaż się pokażę XD! Resztę przeczytam jutro, jak seme pozwoli :3