niedziela, 3 stycznia 2016

Skrzydlate upadki rozdział 8

Mamusiu, ta pani wygląda jak aniołek z witraża w kościele!
Mała dziewczynka patrzyła na Nasherę z otwartą z zachwytu buzią. Trzymająca jej rączkę matka zarumieniła się, ale młoda kobieta tylko uśmiechnęła się do dziecka i przykucnęła.
- Ty też wyglądasz jak aniołek. Znacznie bardziej niż ja.
- Naprawdę?! - Ucieszyła się, pokazując wszystkie ząbki.
- Naprawdę. Jak anioł-stróż.
- A to prawda, że każdy ma anioła-stróża?
- Oczywiście.
- Anioły też?
Nashera uśmiechnęła się szerzej.
- Wydaje mi się, że im to nie jest potrzebne.
Wstała i poszła dalej alejkami parku. Nie wiedziała, jak bardzo się wtedy myliła. Nawet aniołom czasem przydałoby się wsparcie takiego stróża...
.................................................................
Światło wpadające przez rozsunięte zasłony oświetlało tego poranka widok zgoła inny niż zwykle. Delikatna postać wyglądała bardziej jak zmaltretowane zwłoki. Leżąca w swoim łóżku, przykryta niedbale prześcieradłem z łoża Gabriela. Jej blada skóra pokryta była fioletowymi sińcami. Poplątane włosy zasłaniały nieco jej twarz. Podkrążone oczy i sine od uderzeń policzki. Rozcięta warga. Na jej całkowicie odkrytych nogach były brudne ślady, między innymi z krwi. Biodra i uda wyglądały chyba jeszcze gorzej niż przykryte żebra i piersi. Wszystkie jej stawy były opuchnięte i sine. Oczy miała otwarte. Nie spała. Zmagała się z bólem gorszym niż ten, który przeszywał każdą komórkę jej ciała. Miała ochotę zdrapać z siebie skórę, która paliła ją, przypominając o dotyku jej właściciela. Była jego własnością. Dopiero teraz uświadomiła sobie w pełni, co to oznacza.
Spróbowała się poruszyć. Nie było tak źle... dopóki nie poruszyła nogami czy choćby biodrami. Wtedy ból był taki, że schowała twarz w poduszki, by stłumić krzyk. Miała wrażenie, że znów coś ją rozrywa od środka... Cały czas szlochając, doczołgała się do łazienki i napuściła wody do wanny. Ucieszyła się, że była ona wbudowana w podłogę, bo w przeciwnym razie nie zdołałaby do niej wejść. Gdy jej biodra zetknęły z gorącą wodą, nie powstrzymała już krzyku. Zacisnęła zęby, starając się jakoś to wytrzymać. Po chwili piekący ból zmienił się w ulgę. Zanurzyła się aż po szyję, czując, jak powoli się on zmniejsza. Nadal jednak nie była w stanie poruszać nogami ani biodrami, bo skutkowało to kolejną falą cierpienia. Woda robiła się coraz bardziej czerwona, gdy zdała sobie sprawę z tego, że znów krwawi. Jedną z prób musiała otworzyć zasklepioną ranę. Miała tylko nadzieję, że to nic groźnego... Był już późny ranek, Milena powinna wkrótce przyjść...
Na szczęście się nie pomyliła. Nie minęło dwadzieścia minut, gdy usłyszała, jak ktoś krząta się po jej sypialni.
- Milena! - Zawołała drżącym głosem.
Po chwili pokojówka zapukała do drzwi łazienki i, nie doczekawszy się odpowiedzi, weszła. Widząc ją w takim stanie, w wannie pełnej krwawej wody, zasłoniła sobie usta dłonią.
- O Boże! Ale... jak... Co się stało?!
- Pomożesz mi? - Jej głos był słaby. Wiedziała, że nie jest dobrze. Zawsze miała słabą krzepliwość krwi, co tym razem działało wyjątkowo mocno na jej niekorzyść. Gabriel musiał jej coś uszkodzić, i to bardziej niż przypuszczał... Pokojówka szybko opuściła swoją nową panią. Nashera zamknęła oczy, powtarzając w myślach: błagam, tylko nie po niego... Nie chcę go tu... Wolałabym umrzeć. Jej domysły okazały się jednak słuszne, bo po chwili do pomieszczenia wszedł sprawca całego zamieszania, a za nim drżąca ze zdenerwowania służka. Nashera zaczęła trząść się ze strachu. Patrzyła na niego czujnym spojrzeniem szeroko otwartych oczu, śledząc każdy jego ruch. Wygonił Milenę, każąc jej uprzednio zostawić kilka ręczników przy łóżku. Wykonała jego rozkazy bez chwili zwłoki. Zbliżył się do rannej dziewczyny, która spróbowała się od niego odsunąć, przerażona.
- Nie ruszaj się, pogarszasz sprawę.
Wiedział, że musi mówić do niej spokojnie, mimo całej swojej stanowczości. Po tym, co zrobił jej w nocy, był pewien, że ma go za potwora. Ta świadomość sprawiała mu pewien podskórny ból, choć nie mógł powiedzieć, że nie czerpał przyjemności ze swoich czynów. Na swój chory sposób kochał ją, dlatego odczuwana jeszcze nie tak dawno przyjemność została zasłonięta przez smutek, gdy patrzył na nią. Nie ruszała się już. Nie miała gdzie. Siedziała w rogu wanny. Gabriel wziął duży ręcznik i rozłożył go na podłodze za jej plecami. Stojąc za nią, zdjął koszulę, nie chcąc jej zniszczyć. Gdy tylko dotknął jej ramienia, usłyszał ciche chlipanie. Zaskoczony, przesunął się tak, żeby zobaczyć jej twarz. Spod zaciśniętych powiek wypływały w zawrotnym tempie łzy. Płakała ze strachu. Ze strachu przed nim. Zaszokowało go to. Wiedział, że gdy tracił panowanie nad swoimi czynami, mógł być straszny, ale nie przypuszczał, że aż tak. Aż tak ją skrzywdził. To pomogło mu otrzeźwieć. Wszystko, co zrobił, wróciło do niego ze zdwojoną siłą. A przecież tyle razy błagała go, by przestał. Pierwszy raz od wielu tysięcy lat poczuł, że żałuje tego, co zrobił. Dziewczyna przez niego bała się dotyku, mimo że był to jedyny sposób, by przestała cierpieć. I cierpiała również przez niego. Ani razu nie pomyślał o konsekwencjach tego, co robił. Że jej ciało jest delikatne i nieprzyzwyczajone do czegoś takiego. Że może zrobić jej krzywdę. W efekcie zaszczuł ją. Właśnie tego chciał uniknąć. Do zaszczucia jej wystarczyła mu jedna noc. A odwrócenie tego procesu było bardzo trudne, czasem nawet niemożliwe. Zaczął przemawiać do niej cichym, spokojnym głosem, hipnotyzującym, jak ton, którego używa się do rozmów z przestraszonymi dziećmi.
- Spokojnie. Oddychaj. Nic ci nie zrobię. Niepotrzebnie się boisz.
- Wczoraj też tak mówiłeś - wychlipała. 
- Wiem. Ale wczoraj nie byłem sobą. Uwierz, że ja nigdy nie zrobiłbym ci krzywdy.  - Mówił, głaszcząc ją po włosach. - Nic ci nie zrobię. Usiłuję ci pomóc. Ale nie będę mógł tego zrobić, jeśli mi na to nie pozwolisz. Masz coś z krzepliwością?
Dziewczyna w odpowiedzi pokiwała głową, nieco się uspokajając.
- Musisz dać sobie pomóc, bo w przeciwnym razie się wykrwawisz. Posłuchaj. Wyciągnę cię teraz z wody i zabiorę do łóżka. Pomogę ci. Mam moc, mogę cię uleczyć. Ale musisz się uspokoić i pozwolić mi działać. Zgoda?
- Zgoda. - Jej głos drżał, ale była już spokojniejsza.
- Dobrze. To teraz wyciągnij ręce z wody i opleć je mocno wokół mojej szyi. Wyciągnę cię.
Zrobiła, jak kazał i już po chwili leżała na ręczniku. Jęknął, dostrzegając zakres dokonanych przez siebie zniszczeń na jej ciele. Po jej udach spływała krew. Wstał i na chwilę wyszedł z łazienki. Odkrył kołdrę z jej łóżka i rozłożył na prześcieradle dwa ręczniki, jeden na drugim. Dwa mniejsze przewiesił przez krawędź dużej miski na wodę, przeznaczonej do mycia twarzy. Pozostawiona przez Milenę ciepła ciecz wsiąkała w biały materiał. Wrócił i owinął ją szczelniej. Mimo strachu trzymała się go wątłymi rękoma, gdy niósł ją na przygotowane miejsce. Pojękiwała, choć starał się uważać na jej rany. Rany, które sam jej zadał.
Gdy już leżała spokojnie, wyciągnął rękę i położył ją w dole jej brzucha. Zadrżała, przestraszona, ale szybko zareagował, kładąc jej rękę na czole i szepcząc uspokajająco.
- Nic ci nie zrobię. Spokojnie. Masz... Masz krwotok wewnętrzny. I rozerwane wszystko w środku. Muszę to naprawić. Zgoda?
Pokiwała głową, zaciskając powieki. Gdy starał się uleczyć jej rany, cały czas patrzył na jej twarz. Czoło zrosił pot, płakała. Oddychała przez zaciśnięte zęby, zwijając dłonie w pięści. Jego moc naprawiała wyrządzone szkody, ale nie oznaczało to, że uniknęła bólu. Delikatnie głaskał jej brzuch, szukając kolejnych uszkodzeń. Gdy jednak jego ręką zjechała niżej, dziewczyna zareagowała instynktownie. Jej uda zacisnęły się mocno, ręka chwyciła jego nadgarstek. Podniosła się nieco, patrząc mu w oczy przerażonym spojrzeniem. Jego druga ręka pogłaskała jej ramię.
- Spokojnie. Nie skrzywdzę cię. Robię to po to, żebyś poczuła się lepiej.
- Ale przecież to przez ciebie czuję się właśnie tak! - Krzyknęła, płacząc.
Poczuł się, jak gdyby go spoliczkowała. Miała rację. To on doprowadził ją do takiego stanu.
- Masz rację. I nie spodziewam się, że mi po tym uwierzysz czy zaufasz. Ale nie pozwolę ci tak się męczyć, więc pozwól mi pomóc.
Patrzyła na niego chwilę, niezdecydowana, ale ostatecznie puściła go i położyła się z powrotem. Zdjął dłoń z jej ramienia i wsunął w jej drżące palce. Spojrzał jej w oczy. Zrozumiała, o co mu chodziło. Spod zamkniętych powiek wypłynęło kilka łez, ale kiwnęła głową, ściskając jego rękę. Chciał, żeby w ten sposób przekierowała swój strach. Powrócił do poprzedniej czynności, uzdrawiając zerwane tkanki. Dziewczyna nadal bała się jego dotyku, więc z każdą chwilą coraz mocniej ściskała jego rękę, nie przestając płakać i chlipać. Po chwili krew przestała wypływać z jej ciała. Gdy tylko skończył, zabrał swój dotyk spomiędzy jej nóg. Widocznie się uspokoiła. Chwycił mokry ręcznik i zaczął ścierać z jej ciała krew. Usunął tylko te szkody, które wyrządził wewnątrz jej ciała. Siniaki pozostały. Ale wolał, żeby tak było. Dopóki patrzenie na nią sprawia mu ból, dopóty jest pewien, że jej nie skrzywdzi. Chciał ją do siebie przekonać. Żeby następnym razem oddała mu się z własnej woli. Żeby go nie nienawidziła. Przykrył ją kołdrą i usiadł na brzegu łóżka. Powoli oswajała się z jego obecnością. Bardzo powoli. Objawiało się to głównie sposobem, w jaki zmieniał się jej oddech. Zdążył już nauczyć się, że był to jeden z tych sygnałów, które zdradzały emocje. Z początku szybki, nieregularny i płytki, z upływem czasu stawał się spokojniejszy i głębszy. Cały ten czas siedzieli w ciszy. Cały ten czas patrzyła na niego oczami, w których stopniowo gasło przerażenie, a on na nią oczami, w których widać było spokój i... coś, czego nie mogła rozpoznać.
- Boisz się mnie, prawda?
Nie odpowiedziała. Odwróciła wzrok.
- Wiem, że się boisz. Widzę to. Sam z resztą dałem ci do tego powód. Ale chcę, żebyś wiedziała, że naprawdę nie byłem sobą.
Nie doczekał się żadnej reakcji. Złapał ponownie jej dłoń. Wciąż nic.
- Żałuję.
- Więc dlaczego to zrobiłeś? - Wyszeptała.
- Bo od kilku tysięcy lat chciałem, żebyś była moja. Nie mogłem myśleć o niczym innym. Kiedy byłem tak blisko... Kiedy mi odmówiłaś... Przestałem nad sobą panować.
Złapał się palcami za grzbiet nosa. Przyznawanie się do tego wszystkiego było dla niego bardzo trudne.
- Zrobiłem wiele niekoniecznie dobrych rzeczy, żebyś była moja. Odebrałem ci wolność, ale nie tak miała wyglądać nasza znajomość. Chciałem, żebyś poddawała mi się z własnej woli. Nie wziąłem pod uwagę, że możesz się nie zgodzić.
Próbował wyczytać coś z jej twarzy. Lecz pozostała niewzruszona. Patrzył na ich złączone dłonie, czekając.
- Naprawdę żałuję. Możesz choć spróbować dać mi szansę?
Milczenie. Nie wiedział już, co ma robić.
- I co wtedy? Znów mnie zgwałcisz, jeśli ci odmówię?
Po raz drugi tego dnia poczuł, jak jej słowa uderzają w niego z siłą pocisku. Teraz gdy powiedziała to nagłos, tak dobitnie, poczuł się jeszcze gorzej. Poczuł się jak potwór. Zrozumiał jeszcze lepiej stan jej psychiki. Zawsze gardził gwałcicielami, bardziej niż kimkolwiek innym. O ile pojmował różne inne zbrodnie, o tyle tej nie potrafił. Brzydził się tym. Uważał, że to gorsze od morderstwa, bo tak bardzo... nienaturalne. Zwierzęta się zabijały. Taka już natura. Kradły, walcząc o przetrwanie. Zjadały się nawzajem. Mimo to w naturze nie było miejsca na to, czego się dopuścił. Zrobił to, czego zawsze się brzydził; dopuścił się jedynej zbrodni, której nie mógł zaakceptować. Spojrzał na nią. Znów płakała. Przez niego. Potrzebowała kogoś, ale miała tylko jego. Nie mogąc zrobić nic więcej, przyciągnął ją do siebie, zmuszając, by usiadła. Szarpała się, nie wiedząc, co chce zrobić, ale zamarła, zszokowana, gdy przytulił ją do piersi, głaszcząc jej włosy i plecy.
- Przepraszam. Tak strasznie przepraszam... - Głos mu się załamał.
Zaczęła płakać, wtulona w niego. Nie wiedziała już sama, czemu płacze. Kłębiących się w niej emocji było zbyt wiele i, gdy znalazły ujście, nie dało się ich już zatrzymać, jak nie da się powstrzymać powodzi, gdy pęka tama na rzece. To wszystko zalewało ją, jak woda zalewa dolinę, wnikając w spaloną słońcem ziemię. A gdy powódź ustała, pozostawiła po sobie wspomnienie zniszczenia, niezbędnego, by w przyszłości dolina mogła się odrodzić za sprawą kilku, może kilkunastu maleńkich, ledwie kiełkujących pędów przebaczenia.
Już niemal zasnęła. Położył się obok niej, pierwszy raz czując się niepewnie, nie wiedząc, czy może to zrobić. To było całkowicie odmienne od tego, co znał. Zwykle, gdy czegoś chciał, po prostu brał to, nie pytając nikogo o zdanie czy zgodę. Ale podobała mu się ta odmiana. Pierwsze raz czuł się tak jak dawnej. Czuł się dobrze.
................................................................
No proszę. Czy jakakolwiek żywa, myśląca, oddychająca, czytająca tego bloga istota ludzka podejrzewała, że Gabriel zwróci się ku jasnej stronie mocy?
.
.
.
No ja też nie. Powoli zaczynam podejrzewać, że mój blog zmienia się w klasyczny przykład telenoweli. Tylko akcja trochę szybciej się toczy... (Moda na sukces, odcinek 46985, Rich wybiera krawat na przyjęcie). Ile to się może pozmieniać z powodu jednej kobiety. No nie bez powodu mówi się, że gdzie diabeł nie może, tam babę pośle. A co do diabła... Nie martwcie się, nasz Lucyfer nie próżnuje, prężnie działa w samorządzie i kilku komitetach, sumiennie wykonując swoją robotę. Powiedziałam mu, że się za nim stęskniliśmy i obiecał, że za kilka rozdziałów, gdy znajdzie chwilkę, to do nas wpadnie. Za trochę (duże trochę) ponad miesiąc mam urodziny, więc może wpadnie na małą imprezkę. A ja zamiast tortu przygotuję dla was baaaardzo długi, urodzinowy rozdział. Do końca stycznia możecie mi pisać, co chcielibyście w nim zobaczyć, albo raczej przeczytać. Nie uda się pewnie spełnić wszystkich życzeń, ale postaram się jak najwięcej. Więc komentujcie, piszcie, jestem otwarta na krytykę, sugestie i tak dalej. A może ktoś miałby jakieś pytanie? Śmiało, nie wstydzić się, chętnie odpowiem! Do napisania, mes amis! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz